NIE MAM PIENIĘDZY NA SYLWESTRA ZAŁATW NALEŻNOŚĆ ZA SPOTKANIE HOTEL I POCIĄG TELEGRAFICZNIE WROCŁAW WYSTAWOWA 1 POZDROWIENIA ZBYSZEK.

Słowa te Zbyszek Cybulski telegrafował do swojego przyjaciela, Alfreda Andrysa z planu filmu „Morderca zostawia ślad” w reżyserii Aleksandra Ścibor-Rylskiego. Bez pisemnego upoważnienia Andrys nie mógł jednak sfinalizować sprawy. Dlatego, w ślad za telegramem, przesyłką  ekspresową nadszedł jeszcze stosowny, spisany odręcznie, w dwóch egzemplarzach, dokument datowany na 5 stycznia 1967 roku i opatrzony zamaszystym podpisem „Cybulski”. Adresując przesyłkę , aktor dużymi drukowanymi literami wypisał na kopercie pseudonim przyjaciela – „ALFA”.

Alfred Andrys podjął kwotę 6 stycznia. Nie chciał nadawać pieniędzy pocztą , uznając, że wysłane na adres wytwórni mogą nie dotrzeć na czas do adresata. Postanowił niezwłocznie zawieźć je osobiście. I został z przyjacielem we Wrocławiu do 8 stycznia. Tego dnia, na dziesiątą rano, Zbyszek Cybulski miał być na próbie do spektaklu Teatru Telewizji w Warszawie. Ostatnim pociągiem, który dawał mu szansę na dotarcie na czas do celu, by ekspres „Odra”, odjeżdżający z peronu 3 wrocławskiego dworca o godzinie 4.20 rano. Ale aktor na niego nie zdążył . Gdy razem z Andrysem wbiegł na peron, skład już ruszał. Panowie postanowili wskoczyć do pociągu. „Alfie” się udało. Cybulskiemu – nie. Ciężki kożuch krępował mu ruchy. Przy próbie skoku noga uwięzła pechowo między peronem a pociągiem. Aktor został uderzony stopniami jego następnego wagonu. Przyjaciel natychmiast zaciągnął hamulec bezpieczeństwa. W tamtej sekundzie tylko on wiedział, kto jest ofiarą nieszczęśliwego wypadku. Był w szoku. Pociąg zatrzymał się, na miejsce zdarzenia zbiegli się zaaferowani ludzie. Gdy Cybulskiego wyciągnięto na peron, żył i był przytomny. Jak zeznała później dyżurna  ruchu, wołał przyjaciela słowami  „Alfa, nie zostawiaj mnie samego!”. 

Alfred Andrys stwierdził, że aktor nie wyglądał na umierającego, inni świadkowie podkreślali, że nie miał widocznych obrażeń . Niestety – wątroba pęknięta w efekcie silnego uderzenia elementem pociągu, nie dawała mu szans na przeżycie. W karetce stracił przytomność . Zmarł o godz 5.25, niedługo po przewiezieniu do wrocławskiego szpitala im. Rydygiera, mimo błyskawicznej i ofiarnej akcji ratunkowej… Pogrzeb odbył się 12 stycznia 1967 roku w Katowicach.

Alfred Andrys z teczką pamiątek po przyjacielu. Foto: Maciej Jarzębiński.

Ten wypadek to była straszliwa ironia losu. Gdyby do niego nie doszło, przed aktorem otwarłyby się zupełnie nowe horyzonty. Od wiosny 1966 roku Zbyszek Cybulski wiedział, że jest brany pod uwagę jako kandydat do roli Stanleya Kowalskiego w telewizyjnej adaptacji „Tramwaju Zwanego Pożądaniem” Tennessee Williamsa, ale nie zamierzał jechać na casting. Trzymał sprawę w niemal ścisłej tajemnicy. Wiedziała tylko jego żona i… Alfred Andrys. – Pytałem go, dlaczego nie chce o tym mówić, ale stwierdził, iż jeśli nic z tego nie wyjdzie, ktoś może mu zarzucić, że zwyczajnie to sobie wymyślił – opowiada „Alfa”. – Na dzień przed śmiercią, przy śniadaniu, odebrał telefon od amerykańskiego producenta. To była informacja, że został, bez castingu, wybrany do roli, spośród około 150 kandydatów z całego świata. Gaża, którą miał uzyskać, sięgała kwoty 100 tysięcy dolarów. Przy realiach przeciętnych polskich zarobków rzędu kilkunastu dolarów miesięcznie, trudno to sobie nawet wyobrazić. W drodze do Warszawy mieliśmy omówić tę jego nową sytuację życiową i zawodową – kontynuuje. Stało się jednak to, co się stało.

Alfred Andrys bywa na grobie przyjaciela, w miarę możliwości, po kilka razy w roku. Obowiązkowo – w rocznicę tragicznych wydarzeń i w dniu urodzin. W szczególnym dniu pięćdziesiątej rocznicy śmierci Zbyszka, 9 stycznia 2017 roku, stanął na wprost jego mogiły na katowickim cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, w tłumie ludzi, którzy przybyli by oddać hołd legendzie polskiego kina. Towarzyszyła mu aktorka Iga Cembrzyńska (pięć dekad wcześniej wraz z nią i Kaliną Jędrusik szli w kondukcie pogrzebowym Cybulskiego). Po uroczystościach rocznicowych na cmentarzu Iga Cembrzyńska i Alfred Andrys uczestniczyli w okolicznościowym spotkaniu w Kinoteatrze „Rialto”. Gościem wieczoru był także m.in. Jacek Fedorowicz. Alfred Andrys przywiózł ze sobą teczkę pamiątek i dokumentów, które od lat przechowywał pieczołowicie jak relikwie: zdjęcia Cybulskiego, listy, ostatnie telegramy… Niedługo później przekazał te przedmioty Muzeum Kinematografii w Łodzi, gdzie 3 listopada 2017 roku otwarto wystawę „Zbigniew Cybulski. Legenda”, dla upamiętnienia dziewięćdziesiątej rocznicy urodzin aktora.

– Z trudem wytrzymuję, gdy słucham, jak ludzie, których nie by o wtedy na dworcu we Wrocławiu, mówi mi o okolicznościach zdarzenia. Co oni mogą wiedzieć? Jakie mają podstawy, by twierdzić, że Zbyszek był pijany, że na chwilę przed tragedią jeszcze pił piwo… Ja byłem w gronie, które spędziło z Cybulskim ostatnią noc, wskakiwałem z nim do pociągu. Wiem, że był trzeźwy… – irytuje się. – Była zresztą sekcja zwłok, badania… Walczę z tymi obraźliwymi konfabulacjami, jak mogę. Legend wokół Cybulskiego narosło wiele. Niektóre funta kłaków niewarte, aż  żal słuchać – dodaje. To on wystarał się o płaskorzeźbę z wizerunkiem aktora na płycie grobu rodzinnego Cybulskich. – Długo musiałem przekonywać brata Zbyszka, by zgodził się na to. Mówił „Nic nie ruszajmy, tam jest krzyż”, choć krzyża wcale nie zamierzaliśmy zdejmować… W końcu przyjął argumentację, że bez płaskorzeźby nagrobek jest anonimowy, bo przechodzący cmentarną aleją nie widzą napisów na płaskiej poziomej płycie i mało kto wie, że to tu – wraz z rodzicami – spoczywa wielki aktor. Kamienny wizerunek Cybulskiego opracował rzeźbiarz Jacek Sarapata. Płaskorzeźba, sfinansowana przez Miasto Katowice, stanęła na nagrobku w związku z osiemdziesiątą rocznicą urodzin Zbyszka Cybulskiego, w roku 2007 – mówi Alfred Andrys. – Udało mi się też przekonać władze Sopotu do umieszczenia tablicy z wizerunkiem Cybulskiego i Kobieli na domu w którym mieszkali przez lata – kontynuuje. Jak mówi, Zbyszek miał pewne miejsce w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach – Ale jego rodzice zamieszkali po wojnie w Katowicach, bywał w mieście. W 1966 roku, mocno poruszony wypadkiem w którym zginęli członkowie zespołu aktorskiego i technicznego krakowskiego Teatru Rozmaitości, gdy staliśmy nad ich grobami wieczorem po pogrzebie, wyznał mi, że sam chciałby spocząć, bez takiej celebry, przy ojcu. Aleksander Cybulski zmarł w 1965 roku i został pochowany właśnie na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza w Katowicach. A my, chyba obaj nie przypuszczaliśmy, że wolę tę  tak szybko przyjdzie  wypełnić. Nie zawahałem się poinformować o niej brata Zbyszka – Antoniego i Stanisława Dygata. W ciasnym karawanie, niemal na trumnie przyjaciela, jechałem z Wrocławia do Katowic – opowiada „Alfa”.

Alfred Andrys przekazał Muzeum Kinematografii grzebień Zbigniewa Cybulskiego z walizeczki, którą aktor miał przy sobie w chwili wypadku, 8 stycznia 1967 roku. Na niezwykłą darowiznę złożyły się także m.in. archiwalne fotografie, bogata dokumentacja prasowa, a także osobista korespondencja, w tym telegramy Cybulskiego z czasu bezpośrednio poprzedzającego tragiczną śmierć aktora.. Fot. Maciej Jarzębiński

Alfred Andrys (rocznik 1937) urodził się i wychował w Chorzowie Starym. Starszego od siebie o dekadę Cybulskiego poznał na Wybrzeżu, spędzając trzy lata zasadniczej służby wojskowej w marynarce na Helu. – Jak rozwinęła się przyjaźń , kiedy się na dobre scementowała, trudno powiedzieć, to nieuchwytne – stwierdza „Alfa”. Alfred Andrys nie jest aktorem. Został inżynierem z dyplomem AGH. Przez lata pracował w górnictwie, ale teatrem interesował się „od zawsze”. – Raz za sprawą Zbyszka zagrałem w filmie. To „Jowita” w reżyserii Janusza Morgensterna, a cała historia jest niezłą anegdotą. Wmieszałem się niechcący w jakąś uliczną chryję z milicją w Krakowie i zostałem zatrzymany. Rano otwieraj się drzwi celi i słyszę głos milicjanta: „My was aktorów lubimy, a wy nas bijecie”. Pomyślałem – pomyłka, ale nic nie prostowałem. Prowadzony na przesłuchanie zobaczyłem w poczekalni… Zbyszka! Przyszedł tłumaczyć komendantowi, że trzeba mnie zwolnić. Perorował, że jestem aktorem, masa zdjęć ze mną już nakręcona, a wiele jeszcze przed nami i opóźnienia przyniosą ogromne straty, więc owszem, ukarać mnie można, ale dopiero po dokończeniu zdjęć. Puścili mnie wolno. Żeby nie by o potem więcej problemów, Janusz Morgenstern istotnie dokooptowali mnie do obsady. Uratowali mi skórę – śmieje się Alfred Andrys. – Zbyszek by wspaniałym człowiekiem, z dużą dozą dystansu do siebie i świata, z usposobieniem romantycznym, z kompleksami, uroczą naiwnością i poczuciem humoru. Bywało, że zamiatającemu ulice stróżowi podrzucał cichuteńko pieniądze i chował się w bramie, by obserwować jego reakcję. Cieszył się sprawiając mu radość – wspomina Alfred Andrys. – Wiele razy słyszałem opowieści na temat tego ile to rozmaitych problemów było ze Zbyszkiem w pracy. Ja go z tej strony nie znałem. Bliskie było mi jego prywatne oblicze. I na tej podstawie mogę powiedzieć , że był to zupełnie inny facet, niż wyobrażają sobie ci, którzy znali go jedynie z ekranu czy z planów filmowych – podkreśla „Alfa”.

Od czasów służby wojskowej Alfred Andrys nie mieszka już w Chorzowie. Spędził tu dwadzieścia lat. Dziś przyjeżdża do miasta okazyjnie – na rocznice zdania matury i by odwiedzić rodzinne groby. – Mieszkaliśmy w Chorzowie w najgorszym miejscu, na rogu ul. Rodziewiczówny. Z każdej strony docierały do nas szkodliwe zanieczyszczenia: z pobliskiej elektrowni, z „Azotów”, z huty Kościuszko… W podstawówce byłem bity przez polonistkę , bo właściwie posługiwałem się wyłącznie śląszczyzną, co nie by o dobrze widziane. Gdyby moja nauczycielka wiedziała, że od lat jestem mężem artystki zaliczonej do zaszczytnego grona Mistrzów Mowy Polskiej, pewnie byłaby zaskoczona – śmieje się. Żoną Alfreda Andrysa jest znakomita aktorka Grażyna Barszczewska. Alfred Andrys dba nie tylko o kultywowanie pamięci po swoim przyjacielu, Zbyszku Cybulskim. Przez lata był m.in. prezesem Fundacji Przyjaciół Skolimowa, opiekującej się słynnym Domem Artysty Weterana. Pozostaje wiernym kibicem Ruchu Chorzów

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content