Wywiad ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym w lipcu 2019 roku. Materiał uzupełniają niepublikowane wcześniej fotografie z archiwum piosenkarki

– Jak zaczęła się pani historia „śląskiej dziołchy”, która weszła do piosenkarskiej czołówki krajowej – to była realizacja marzeń?

– Raczej zrządzenie losu. Miałam zupełnie inne wyobrażenie własnej przyszłości. Urodziłam się w Wielkich Hajdukach, jako Krystyna Frost, stamtąd pochodzi moja rodzina, tam się wychowałam i dorastałam, a w końcu stamtąd poszłam w świat. Wcześnie zostałam sierotą. Mój ojciec zmarł gdy miałam 4 lata, a mama, kiedy byłam zaledwie dziesięciolatką. Wychowywały mnie odtąd ciocie wspierane przez dziadka. Byłam sąsiadką Gerarda Cieślika, a jako nastolatka zaczęłam „kręcić się” przy miejscowym domu kultury, zafascynowana tym, jak wiele tam się dzieje. Tam, w grupie teatralnej stawiałam pierwsze kroki na scenie. Na początek dostałam jakąś małą rólkę, ale dostrzeżono we mnie potencjał i następne zadanie, jakie mi powierzono to była już pełnoprawna „dorosła” rola. Coraz bardziej wrastałam w to środowisko, to był właściwie mój drugi dom. Na scenie zostałam etatową księżniczką, ale dziecięca publiczność prawdziwie pokochała mnie za rolę pingwina… Oddano mi pod opiekę działająca w domu kultury bibliotekę. Tam też ciągle odwiedzała mnie dzieciarnia. W końcu uzyskałam zgodę na utworzenie w ramach placówki świetlicy. Zauważono, że dzieci przestały snuć się bez celu po okolicznych uliczkach i chętnie spędzają czas w domu kultury.  Doceniono ten efekt i zadbano o to, bym legitymowała się stosownymi uprawnieniami do kontynuowania swojej aktywności. Wysyłano mnie na przeróżne kursy, dokształcałam się m.in. w Warszawie i Krakowie, zdałam wymagające egzaminy na Instruktora Kulturalno-Oświatowego. Dzieci wciąż garnęły się do mnie jak do mamy, cieszyłam się ich zaufaniem, coraz poważniej myślałam o tym, by prowadzić w Hajdukach teatr dziecięcy. Tymczasem sama zostałam zaangażowana do słynnego katowickiego słuchowiska „Radiowa Czelodka”…

1 maja 1957 roku. Katarzyna Bovery (wówczas jeszcze Krystyna Frost) ze swoją hajducką dzieciarnią z miejscowego domu kultury. Dzieci wystąpiły w strojach ze spektaklu „Mały Książę”. W tytułowej roli… Eugeniusz Stoll.

– Zabiegała pani o ten angaż?

– Co jakiś czas realizatorzy audycji wyławiali młode talenty w okolicznych szkołach i  domach kultury, trafili także do Chorzowa Batorego i w ten sposób znaleźli mnie. Atutem były zadatki aktorskie i wokalne, a także umiejętność posługiwania się śląską godką. Zostałam zaproszona na przesłuchania, które zakończyłam jako ich zwyciężczyni i uzyskałam angaż do roli Anielci. W ten sposób zaczęłam pracować z zawodowymi aktorami. W czasie nagrań raz po raz coś podśpiewywałam. W radio nawiązywałam nowe znajomości i kontakty, ale wciąż pracowałam w domu kultury, gdzie wszystko zaczęło się dobrze układać na rzecz realizacji mojego planu teatrzyku dziecięcego. W tym widziałam swoją przyszłość. W radio namawiano mnie, bym wzięła udział w konkursie na wokalistkę orkiestry Waldemara Kazaneckiego, który poszukiwał właśnie nowych głosów. Nie miałam odwagi pójść, zaprowadzili mnie tam niemal za rękę. Cóż było robić? Zaśpiewałam włoską piosenkę i… wróciłam do domu. Po dwóch dniach w Domu Kultury zadzwonił telefon – mam jechać do Katowic, bo Waldemar Kazanecki chce ze mną rozmawiać. Obruszyłam się, wyjaśniając, że nie mogę zrobić tego z dnia na dzień, mam zobowiązania, pracę i w końcu dla mnie nie jest to jakaś niezwykle istotna sprawa. Powiedziałam, że przyjdę przy okazji kolejnych nagrań „Radiowej Czelodki”. I Kazanecki na mnie czekał! Kiedy się pojawiłam, z miejsca zaproponował mi współpracę, co bardzo mnie zdziwiło. Tym bardziej, że miałam zaczynać już za miesiąc. Próbowałam mu tłumaczyć, że nie chcę dla nieznanego porzucać dotychczasowego życia, ukochanego domu kultury i tamtejszych dzieci, tego, o co z takim zaangażowaniem i zawziętością walczyłam. Wyśmiał moją pensję w wysokości 800 ówczesnych złotych, która była wcale niezłą stawką. Stwierdził, że u niego takie pieniądze będę miała po dwóch koncertach. I zaczęło się pranie mózgu… Nie chciałam się zgodzić, długo mnie namawiali, a świetlicowe dzieci były rozżalone, bardzo to wszystko przeżywałam. W końcu jednak uległam. Moje obowiązki w domu kultury musiał przejąć kto inny. Ja zostałam piosenkarką.

Krystyna Frostówna i Jan Weizer w spektaklu „Jak w bajce”. Teatr Reduta Śląska (1957).

– W jakich okolicznościach narodziła się Katarzyna Bovery? Skąd pomysł na taki pseudonim?

– Pierwszy koncert, w którym miałam wziąć udział, górnicza Barbórka 1960, to było ogromne wydarzenie w katowickiej Hali Parkowej, z udziałem ogólnopolskich gwiazd. Kilka dni przedtem będąc w Katowicach zobaczyłam afisze zapowiadające imprezę. Wypisano tam wszystkie nazwiska, oprócz mojego! Pomyślałam z żalem, że dałam się wpuścić w maliny. Porzuciłam dom kultury, a teraz ze mnie, bez uprzedzenia, zrezygnowali i zostanę na lodzie… O mało się nie popłakałam. Poszłam zapytać do radia, o co chodzi i dlaczego nie ma mnie na plakacie. „Ale przecież jesteś – Katrin Bovery to ty”. Przechrzcili mnie bez mojej wiedzy, tłumacząc, że angielsko brzmiący pseudonim podziała jak magnes. Kto to wymyślił, nie wiem, dowiedziałam się tylko, że nazwisko wybrano na pamiątkę świetnego czeskiego saksofonisty, który mieszkał w Polsce. Na przyszłość udało mi się wynegocjować przynajmniej funkcjonowanie pod polskim imieniem Katarzyna…

Krystyna Frost w jednej z inscenizacji Teatru Reduta Śląska na scenie Zakładowego Domu Kultury Huty Batory.

– Czuła pani wtedy, że wybrała właściwą drogę?

– Waldemar Kazanecki po kilku miesiącach oświadczył, że nas zostawia, bo zdobył kontrakt kompozytora muzyki filmowej. Wtedy ciągle jeszcze naiwnie myślałam, że wrócę do mojego domu kultury, ale kierowanie zespołem przejął  pianista Alfred Holeczek i występowaliśmy dalej. Któregoś dnia komisja w Estradzie Śląskiej zadecydowała o przyłączeniu nas do Operetki Gliwickiej. Tak powstał „Kabaret Ananas”, w którego składzie się znalazłam. A tam „szwarc, mydło i powidło – dla każdego coś miłego”. Bardzo mi odpowiadał ten układ, bo zdobyłam nowe aktorskie szlify w pracy z zawodowcami. To było dla mnie bardzo ważne – wejście na scenę, zejście, poruszanie się, wszystko to rządzi się przecież określonymi zasadami i ja je tam poznałam. Praca z takimi znakomitościami jak Aleksander Sawin, z którym śpiewałam kilka utworów, Małgorzata Derdzianka i jej mąż Andrzej Górski czy primadonna Maria Artykiewicz to było coś! Po jednym z występów zostałam zwerbowana do zespołu Zygmunta Wicharego. Aleksander Sawin nie chciał mnie początkowo puścić, rozmowy trwały długo i w końcu uznał, że nie będzie stał na drodze mojej kariery. Muzyka i styl zespołu Zygmunta Wicharego bardzo mi odpowiadały.

Katarzyna Bovery na festiwalu w Sopocie (1963). Wtedy zaśpiewała „Daj mi zachować wspomnienia”.

– Otwarły się przed panią wrota prawdziwej kariery. Festiwale, wyjazdy, prestiżowe sceny i estrady, studia nagrań, nagrody – któreś z tych doświadczeń miało dla pani szczególne znaczenie?

– W 1962 roku zaśpiewałam w Sopocie piosenkę „Nie chcę być sama”, a rok później utwory  „Daj mi zachować wspomnienia” i „Dobra jest noc” . W tym samym roku na I Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu wyśpiewałam wyróżnienie. Szczególnie pamiętam jednak koncerty z Wicharym w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Publiczność była wspaniała, przez dziesięć zakontraktowanych wieczorów pod rząd występowaliśmy dla pełnej sali! Nabrałam tam pewności siebie, odwagi scenicznej, czułam, że rosną mi skrzydła. PAGART zorganizował nam wkrótce trasę koncertową do ZSRR, ilekroć tam byłam, zawsze były to długie, nawet kilkumiesięczne pobyty, z niezwykłą atmosferą. Występowałam między innymi w Leningradzie, a wiele wolnego czasu poświęcałam na spacery po… cmentarzach. Niesamowite wrażenie wywierało na mnie wyszukiwanie wśród nagrobków miejsc pochówku wybitnych artystów… Było to dla mnie jak zderzenie literatury z rzeczywistością.  Po jednym z koncertów do mojej garderoby przyszedł rosły mężczyzna, by złożyć gratulacje. Zupełnie nie spodziewałam się takiego gościa. Był to aktor i muzyk Leonid Utiosow. Gdy to sobie w końcu uświadomiłam, wciąż trudno było uwierzyć! Do dziś mam z tego spotkania jego fotografię z dedykacją. Koncertowałam też z big bandem Eddie Rossnera, z którym zarejestrowałam materiał na płytę. Realizacja ta ukazała się w ZSRR.

W duecie z Bohdanem Łazuką.

– Mimo sukcesów, zdecydowała pani o odejściu z zespołu Zygmunta Wicharego. Dlaczego?

–  Atmosfera po prostu coraz bardziej się psuła. Przez jakiś czas występowałam z zespołem założonym przez Piotra Kotta, który, wraz z kilkoma innymi, także zakończył współpracę z Wicharym. Często byłam w trasie,  do domu wracałam na krótki odpoczynek. Pewnego dnia spotkałam w Katowicach Józefa Kopocza, a on do mnie na powitanie w te słowa: „Co ty tu robisz? Ile razy pytam o ciebie w PAGARCIE, słyszę, że jesteś w ZSRR”. Przedstawił mi wtedy propozycję występów z zespołem „Białe Kruki”, którego był konferansjerem. Po wizycie na koncercie i krótkim zastanowieniu, zgodziłam się, tym bardziej, że zespół Piotra Kotta został rozwiązany, nikomu więc swoją decyzją nie zaszkodziłam. To był okres „żyć nie umierać” występowaliśmy sporo w Skandynawii, mnie najbardziej podobały się występy w słynnym duńskim parku rozrywki „Tivoli” gdzie przez pięć lat z rzędu mieliśmy dwumiesięczne kontrakty. Zauważyli nas tam Niemcy, dzięki czemu wyjechaliśmy do Hamburga. Wcześniej w Dreźnie i Lipsku występowałam z zespołem Zygmunta Wicharego. Występowałam też we Włoszech i za oceanem – w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.

Z zespołem Zygmunta Wicharego (1964)

– Jeżdżąc po wielkim świecie myślała pani o stałej emigracji?

– W USA byłam kilkakrotnie. W 1964 roku wyjechaliśmy liczną grupą z Ewą Demarczyk, Anną German, Karin Stanek, Kasią Sobczyk, „Czerwono-Czarnyml”, duetem fortepianowym „Marek i Wacek” oraz orkiestrą Adama Wiernika, a później w mniejszym składzie – z Tercetem Egzotycznym, Aliną Janowską, Skaldami i Partitą. W roku 1966 podczas kolejnego pobytu w USA – w Chicago –  poznałam swojego przyszłego męża. Można więc powiedzieć, że zrządzenie losu znowu zdecydowało za mnie… To był też czas, kiedy bardzo chciałam zadedykować piosenkę pamięci mojej mamy. Zamówiłam kompozycję, zapłaciłam za nią własnymi pieniędzmi, ale nie zdążyłam jej nagrać właśnie ze względu na wyjazd w trasę za ocean. Jakież było moje rozgoryczenie, gdy po powrocie usłyszałam w radio tę moją piosenkę – „Do ciebie mamo”, w wykonaniu Violetty Villas! Zrobiłam w dyrekcji radia awanturę, ale nikt się nie przejął. Podobno nie wiedzieli, że utwór powstał na moje zamówienie… Po ślubie nie wróciłam już do Polski. Osiedliśmy z mężem w Toronto, gdzie mieszkamy do dziś. Małżeństwo zakończyło też moją karierę wokalną.

Anna German, Katarzyna Bovery i Katzryna Sobczyk.

– Bez nutki żalu? – Czy czegoś żałuję? Zaniedbałam trochę Katarzynę Bovery w Polsce. Byłam bardziej znana w Związku Radzieckim, spędzając tam sporo czasu. Stawiałam na repertuar obcojęzyczny, śpiewałam po włosku, rosyjsku i w innych językach.   I z późniejszych pomysłów na choćby jeden jeszcze recital w Polsce nic już nie wyszło. Ale nie mogę narzekać. W przyszłym roku będę mieć 82 lata, a tu zdrowie jako tako, może od pięciu lat jakieś drobne kłopoty – wielu ludzi ma gorzej. Ja dorobiłam się endoprotezy i ostatnimi czasy zaczynam rozglądać się za laską, bo nie potrafiłam się zmobilizować do ćwiczeń rehabilitacyjnych. Poczucie humoru mnie nie opuszcza, a przez to, nawet jeśli coś mnie czasem boli, to i tak nikt mi w to nie wierzy… Serdecznie pozdrawiam moje rodzinne miasto i wszystkich którzy mnie jeszcze pamiętają. Za to pielęgnowanie pamięci jestem wdzięczna redaktorowi Bohdanowi Gadomskiemu, który uporządkował wiele moich nagrań, przyczyniając się do wydania kilku płyt.

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content