– Urodzona i wychowana w Chorzowie, poszła pani w świat sztuki z domu, który z teatrem i fil­mem nie miał nic wspólnego… Jak więc rozwijały się te pasje – podczas zajęć kół zainteresowań w domach kultury?

– Wszystko zaczęło się w szkole, gdzie naprawdę wiele było okazji do recytowania, udziału w oko­licznościowych akademiach i teatrzykach. Mój czas w podstawówce to była jeszcze komuna, chętnych do tego typu aktywności brakowało, koledzy trak­towali występy jako zajęcie śmiertelnie nudne, a ja się do tego garnęłam. Tym bardziej, że miałam, w Szkole Podstawowej nr 15, fantastyczną na­uczycielkę. Pani Ewa sama pisała scenariusze, reżyserowała, zawsze mogłam liczyć na główną rolę. Dzięki tym zajęciom traktowałam występy jako coś naturalnego, zdobyłam oręż do walki z tremą przed występami w bezpośrednim kontakcie z licz­ną publicznością, także poza szkołą. Pamiętam na przykład występ dla załogi chorzowskiego „Konsta­lu”. Stałam na wielkim placu wyłożonym betono­wą kostką, wokół masa ludzi, a ja przy mikrofonie wykonałam „Międzynarodówkę” w melorecytacji, która za sprawą głośników niosła się przez całą ów­czesną ulicę Wieczorka… W domu kultury też pró­bowałam swoich sił, ale to była krótka przygoda, zakończona zupełnym fiaskiem. Przyzwyczajona do pierwszych skrzypiec nagle dołączyłam do grupy, która miała już swoje gwiazdy i musiałam się zmierzyć z tym, że traktują mnie jak nowicjusz­kę. Dostałam epizodyczną rolę, o ile pamiętam, miałam być wiatrem, co zupełnie nie przystawało do moich wyobrażeń. Była z tego niezła afera, bo odeszłam z grupy niedługo przed zaplanowaną premierą. Poczułam się niedoceniona.

– A pani dalsza droga edukacyjna nie wskazywała na dotrzymanie wierności aktorstwu…

– Liceum Plastyczne podpowiedziała mi ciocia. Sama początkowo tego zupełnie nie czułam, ale kiedy w następnym kroku udało mi się zdać do Aka­demii Sztuk Pięknych w Warszawie i jak w końcu pomyślałam, że chyba dam sobie spokój z aktor­stwem. Stało się inaczej, bo tej miłości nie udało się stłumić. Z koleżankami ze studiów wciąż gdzieś tam bawiłam się w teatr. I w efekcie poszłam drogą dwutorowego wykształcenia, zostając studentką warszawskiej Akademii Teatralnej. Do egzaminów przygotowywałam się m.in. pod okiem Doroty Po­mykały, której – znane dziś doskonale – katowickie studio aktorskie stawiało w owym czasie pierwsze kroki. Spod tych skrzydeł wyszło ze Śląska całkiem spore grono polskich aktorów, którzy zapracowali na uznanie osiągając sukces w teatrze czy filmie…

– Pani, po ukończeniu Akademii Teatralnej, do­łączyła od razu do zespołu Teatru Narodowego. Można powiedzieć – start z „wysokiego C”.

– To było osiem bardzo ważnych, pouczających lat. Spotkanie z najważniejszymi nazwiskami polskiego teatru – aktorami i reżyserami. Taka współpraca rozbudza artystyczne apetyty, tym­czasem z ambicją wygrywała proza życia. Miałam nadzieję na więcej niż tam dostawałam w zakre­sie propozycji ról. Dyrekcja zdecydowała o innym modelu zespołu aktorskiego i trzeba było za­mknąć ten rozdział życiorysu.

– Z jednej strony Teatr Narodowy, a z drugiej telenowela „Klan” – od pierwszego odcinka. Aktorstwo to balansowanie między tak różny­mi biegunami. I jeszcze trzeba sobie poradzić z tym, że Teatr Narodowy daje niewątpliwy prestiż, a telenowela rozpoznawalność i chyba niezłe utrzymanie przy dłuższym kontrakcie?

– Cóż mogę dodać? Może tylko to, że ważna w moim życiu okazała się ósemka, bo na planie „Klanu”, tak, jak w Teatrze Narodowym, spędzi­łam osiem lat, z pewną przerwą. Już długo mnie tam nie ma; moja postać została uśmiercona przez scenarzystów. Potem na długie lata zajęłam się czymś, co sama uważałam kiedyś za ostatnią rzecz, którą mogłabym robić w życiu zawodowym.

– Świetnie przygotowała mi pani grunt pod py­tanie o „Domisie”, które pojawiły się w telewi­zji, gdy moja starsza córka była kilkulatką. Z cza­sem jej miejsce przed ekranem zajęła młodsza córka, więc siłą rzeczy Amelia, Pysia, Eryk, Bazy­li i Strachowyj przedostali się i do mojej świado­mości na dobrych kilka lat. Z pani stwierdzenia wnioskuję, że udział w tym przedsięwzięciu za­czął się od przypadku?

– Wiele rzeczy w moim zawodzie bierze się z przy­padku. Istotnie nie sądziłam, że będę pracować dla dzieci. To jest dość kłopotliwa kwestia. Z jed­nej strony wiadomo – słychać glosy, że widownia dziecięca to najbardziej wymagająca publiczność pod słońcem. Drugą stroną medalu jest problem traktowania tego typu zajęcia jako czegoś niepo­ważnego… Nie ulega wątpliwości, że nie każdy potrafi się w takiej rzeczywistości odnaleźć.

– Pani, z kolegami, odnalazła się świetnie. Do tego stopnia, że premierowe odcinki realizowano przez kilkanaście lat, a „Domisie” zeszły nawet z ekra­nu telewizora na teatralną scenę, umożliwiając młodym widzom żywy kontakt z ulubionymi bo­haterami.

– Telewizyjne „Domisie” nie są moim pomysłem – przyjęłam zaproponowaną mi rolę w obsadzie. Nie żałuję, bo to realizacja z dużym rozmachem i świetnym pomysłem. Program ma duży walor edukacyjno-wychowawczy. Wiele razy przez te lata słyszeliśmy, że „Domisie” pomagają dzieciom i ro­dzicom w przezwyciężaniu rozmaitych problemów codzienności. Jestem autorką scenariusza, reżyserem adapta­cji scenicznej i producentem spektaklu „Domisie w teatrze”, zrealizowanego na scenie stołecznego Teatru „Kamienica”. Tu doświadczaliśmy tego, jak ważny jest dla naszych widzów ten bezpośredni kontakt z postaciami znanymi z ekranu. Dla wie­lu to było naprawdę duże wydarzenie. Dzieci śpiewały z nami piosenki, które znały na pamięć, przycho­dziły „przybić piątkę”, zrobić wspólne zdjęcie, albo po prostu się przytulić. Sporo wzruszeń przeżyliśmy pod­czas spotkań z małymi pacjentami rozmaitych szpitali.

– „Domisie w teatrze” to nie jedyna realizacja te­atralna dla młodych widzów, którą z sukcesem pani współtworzyła, prowadząc firmę DUART. Strzałem w dziesiątkę okazał się „Tytus, Romek i A’Tomek”, którzy łączą pokolenia, chociaż mo­głoby się wydawać, że dla dzisiejszych dzieci to raczej słabo rozpoznawalne trio…

– Po reakcjach widowni oceniam, że scenariusz, który napisałam na podstawie kultowych komiksów Papcia Chmiela, trafia do naszej pu­bliczności. Gramy już kolejny sezon, wciąż przy pełnej sali. Przychodzą rodzice z dziećmi, więc Tytus rzeczywiście łączy pokolenia. Komiksy są wznawiane do dziś, pojawiają się nowe wy­dania, myślę więc, że i z rozpoznawalnością bohaterów wśród młodego pokolenia nie jest źle. W zdobywaniu sympatii odbiorców pomaga charakter Tytusa. Uczłowieczany szympans jest zwariowany, psotny, to i owo mu się nie udaje mimo podejmowanych starań. Uwzględniając ten rys chłopakom nie trudno się z nim iden­tyfikować. Trochę widzą w nim siebie i własne niedoskonałości, które z gorszym lub lepszym skutkiem próbują okiełznać. Jeśli Tytus jakoś im w tym pomaga, to świetnie!

– Zahaczmy jeszcze o „Porwanie Baltazara Gąb­ki”, które w 2015 roku miało premierę w Te­atrze „Capitol”. W obsadzie znalazł się młody aktor z Chorzowa – Filip Kosior.

– To zdolny chłopak, nieco młodszy ode mnie. W Chorzowie się minęliśmy, chociaż przez lata chodziliśmy do tego samego kościoła parafialne­go (śmiech). Przy podpisywaniu umowy na spek­takl poznałam jego chorzowski adres. I od razu jakoś inaczej na niego spojrzałam. Cóż – „swojak”, dokładnie z mojego rodzinnego terenu. „Baltazar Gąbka” to była z mojego punktu widzenia bardzo miła współpraca. Może się jeszcze z Filipem gdzieś, kiedyś na niwie zawodowej spotkamy, kto wie?

– W marcu upłyną trzy lata od premierowego odcinka serialu „Rodzinny interes”, w którym gra pani jedną z głównych ról. Jaki jest pani stosunek do Eli Wrzosek?

Elę polubiłam od pierwszego wejrzenia , a właściwie od pierwszego przeczytania charakterystyki postaci. Od razu pomyślałam: to rola dla mnie! Na decyzję czy zagram Elę przyszło mi trochę poczekać. Casting odbył się we wrześniu a ja o angażu dowiedziałam się na tydzień przed wejściem na plan… Ale, jak mawiają, co się odwlecze, to nie uciecze. Na prośbę produkcji zafarbowałam włosy na rudo i jestem z tej metamorfozy bardzo, bardzo zadowolona. Nie wszyscy widzowie od razu pokochali Elę, bo bywa bezkompromisowa i temperamentna, ale widzę po moich portalach społecznościowych, że ma coraz więcej fanów.

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content