Wywiad ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym w styczniu 2018 roku. 

– Urodziłeś się w Krakowie, ale w twoim wczesnym dzieciństwie rodzina przeniosła się do Rudy Śląskiej i to temu miastu pozostałeś wierny do dziś. Za sprawą Miejskiej Galerii Sztuki „MM”, na lata związałeś się też z Chorzowem. Jak właściwie tu trafiłeś?

– To był moment kiedy znalazłem się na życiowym zakręcie. Dawny kolega ze studiów w ASP, Jaś Herla, nieżyjący od kilku lat, dobrze znany także tobie, chorzowski artysta, wyciągnął w moją stronę pomocną dłoń. Za jego sprawą przyszedłem do Galerii „MM” na krótko przed tym, zanim jej kierowniczką została obecna szefowa, Aleksandra Rej, więc niemal na początku działalności tego miejsca. Stwierdzono, że się nadaję, bo nie mam problemów z robotą – mogę skakać po drabinach, aranżować wystawy, nosić obrazy. Mogłem tu mieć nawet cały etat, ale czułem, że wsiąkając w taki układ sam już nic nie namaluję, a tego byłoby mi żal. Tym bardziej, że ze względu na koleje losu dość późno z malowaniem wystartowałem… Ostatecznie wybrałem więc opcję połówki etatu. Kursowałem tramwajem między Rudą Śląską, a Chorzowem, robiłem co do mnie należy w Galerii, a w czasie wolnym – zwykle wcześnie rano – zaglądałem do pracowni. I choć, wraz z upływającym czasem, miewam takie momenty, że mi się nie chce, to wciąż kilka godzin dziennie staram się poświęcić na malowanie. To w końcu moje życie, co innego miałbym robić? Telewizji nie oglądam, z literatury sięgam już niemal wyłącznie po biografie, czytane mniej lub bardziej intensywnie…

– Praca w Galerii „MM” zaowocowała twoim przyjęciem w szeregi Stowarzyszenia Chorzowskich Artystów Plastyków…

– To kolejna zasługa Jasia Herli, a odbyło się to na specjalnych zasadach, które są nawet na swój sposób zabawne, bo stanęło na tym, że – jako mieszkaniec Rudy Śląskiej pracujący w Chorzowie – zostałem członkiem SChAP bez prawa głosu, za to z obowiązkiem regulowania pełnych składek. Pieniądze to niewielkie, a mówić i tak za wiele nie lubię, więc jak dla mnie były to całkiem znośne warunki. Tym bardziej, że dzięki tej przynależności mam możliwość regularnego prezentowania prac na dorocznych wystawach SChAP, a to jest jak wiatr w żagle.

W roku 2018 Piotr Pilawa zakończył pracę etatową w Miejskiej Galerii Sztuki „MM”, odchodząc na zasłużoną emeryturę. Oficjalnie pożegnano go podczas Jesiennej Wystawy Stowarzyszenia Chorzowskich Artystów Plastyków, którą uczczono 20-lecie istnienia SChAP.

– Nie będzie chyba nadużycia w stwierdzeniu, że Chorzów jest jednym z miejsc znaczonych kamieniem milowym twojej artystycznej drogi… Pierwszą wystawę indywidualną miałeś w tutejszej galerii „Fama Art”, a kolejna określiła cię stylistycznie. Dwa małe obrazki prezentujące śląskie podwórka dały impuls do powstania kameralnej ekspozycji w tym klimacie. W ciągu sześciu tygodni przygotowałeś na nią kilkanaście prac. Dziś ten podwórkowy temat jest twoim znakiem rozpoznawczym. W „Fama Art” wiatr nie tylko nadął twoje twórcze żagle, ale i wytyczył kurs.

– Trudno zaprzeczyć tym słowom. Konsekwentnie tkwię w tych samych tematach, zmieniając kolorystykę i pory roku, a także umieszczając na tle podwórek wizerunki bawiących się dzieci, wałęsających się bezpańskich psów, piwnicznych kotów i szarych gołębi miejskich w mieszanych ujęciach i proporcjach. Zdarzają się też bramy albo elementy śląskiej architektury. Chorzów także bywa w tym zakresie inspirujący, ale trudno byłoby mi wskazać konkretne miejsca. Może z małymi wyjątkami…

– Jeden z twoich motywów, który dla mnie podpada pod kategorię mistrzostwa świata, to „Młody” – wizerunek idącego chłopca mijającego budynek z wymalowanym na elewacji znakiem Ruchu Chorzów.

– Ten obrazek rzeczywiście zapracował na jakąś popularność. Znalazł się w jednym z katalogów jesiennej wystawy SChAP, był drukowany na ulotkach, miał wersję pocztówkową i sporych rozmiarów baner… W ten sposób zaistniał w szerszej świadomości. Po tym, jak pojawiła się pierwsza wersja, namalowałem go jeszcze kilka razy na życzenie, zarówno w oryginalnym, jak i mniejszym formacie. Jeden z wariantów ma trener Waldemar Fornalik, a inny – filmowiec Cezary Grzesiuk. Cieszę się oczywiście, że ten obrazek się podoba, choć mnie powtarzanie tego samego ujęcia już trochę nudzi. To tak, jakby pisać w kółko to samo zdanie. Mimo wszystko, gdyby ktoś znów go zamówił – oczywiście nie odmówię. Wydaje mi się nawet, że jednego „Młodego” mam jeszcze w zapasie…

Młody

– Wyszło na to, że te twoje obrazy mogą być dobrym pomysłem na prezent na przykład dla kibiców. Znaczek Ruchu Chorzów pojawia się to tu, to tam… Kupują?

– Znalazła się kiedyś klientka zainteresowana kupnem obrazu dla męża, ale ta „eRka” nieco ją odstraszała, bo małżonek okazał się być sympatykiem innego klubu. Porozumieliśmy się jednak i przemalowałem symbol na właściwszy w tym wypadku. Klient nasz pan. Te klubowe symbole nie są jednak elementem mojej biznesowej kalkulacji, a swoistym dokumentem rzeczywistości, która nas otacza. Wychodząc na ulicę, zauważysz je na każdym rogu i dostrzeżesz, że żyją własnym życiem. Też są poprawiane, przemalowywane, zakrywane innymi barwami…

– Do upadłego i do znudzenia będę powtarzać, że podwórkowe koty i gołębie lubię tylko na twoich obrazach. To oczywiście opinia lekko podkoloryzowana dla wzmocnienia przekazu, bo w istocie nie mam nic przeciwko żywym osobnikom tych gatunków. Te na twoich płótnach wydają mi się zwyczajnie przyjaźniejsze. Ach, i jeszcze ta niepozorna skrzynka na listy…

– Mam określony stosunek do swojego malar­stwa. To, czym się zajmuję, staram się robić najlepiej jak potrafię i ciągle poszukuję. Znam historię i teraźniejszość sztuki oraz swoje miej­sce w szeregu, ale akurat tę małą skrzynkę też lubię. To autentyk z chorzowskiej ulicy 3 Maja, a tym, co decyduje o niezwykłości tej zwyczaj­nej skrzynki jest jej lokalizacja. Myślę, że oglą­dających ten obraz ujął wyraźny ślad na murze, który świadczy o tym, że skrzynka została kiedyś przez kogoś przewieszona niżej… Moją uwagę zwrócił waśnie ten szczegół i dlatego stał się te­matem obrazu.

– Jest jakieś miejsce o którym wiesz, że wisi tam twój obraz i ta świadomość z jakiegoś powodu szczególnie cię cieszy? Może muzeum, dzięki któremu masz poczucie, że twoja sztuka przetrwa dla kolejnych pokoleń?

– Nigdy nie myślałem w takich kategoriach, ale… Mam przyjaciela, który od lat, co jakiś czas konsekwentnie kupuje mój obraz. Ma nawet jakieś wczesne prace. Kiedyś przysłał mi zdjęcie pokoju, który wygląda jak mała prywatna galeria obrazów Piotra Pilawy. Zrobił tę fotografię, bo dopiero co dołożył do zestawu jedną z moich najnowszych prac. Muszę powiedzieć, że ten widok wywarł na mnie spore wrażenie.

Zdjęcia i reprodukcje prac pochodzą z archiwum Piotra Pilawy.

Piotr Pilawa

Rocznik 1953. Absolwent Wydziału Grafiki w Katowicach, Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zajmuje się reklamą, plakatem, scenografią, ale przede wszystkim malarstwem olejnym. Zapisał na swoim koncie liczne wystawy indywidualne i zbiorowe w kraju i za granicą. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych w Kanadzie, Niemczech, Polsce i USA. Od roku 1997 stale współpracuje z Krystianem Gałuszką będąc współtwórcą, od strony plastycznej jego książek. Razem zorganizowali 6 „Wernisaży poetyckich” prezentowanych w głównych miastach aglomeracji górnośląskiej, a także współtworzyli „Gazetę plakatową”.

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content