– Czekając na ten wywiad za kulisami Chorzowskiego Centrum Kultury zastanawiałem się, czy przypadkiem nie zacząć od pytania, po którym od razu wyrzuci mnie Pan za drzwi… Zaryzykuję – najwyżej szybko nam pójdzie. Otóż – czy kiedykolwiek miał Pan poczucie, że Pana nazwisko jakoś determinowało Pana postępowanie, wybór drogi życiowej, albo w inny sposób wpływało na los?

– Andrus? Szczerze powiedziawszy dosyć późno się dowiedziałem, że to słowo ma jakieś znaczenie, poza tym, że – jako nazwisko – stanowi o mojej tożsamości. Stało się to dopiero w Warszawie. Jan Kobuszewski, który miał wykonywać jedną z moich pierwszych piosenek przedzierających się do świadomości szerszej publiczności, zapytał kto kryje się pod pseudonimem „Artur Andrus”, bo to niemożliwe, żeby ktoś się tak nazywał. A jednak – mam to nazwisko po rodzicach, a ojciec – po przodkach. Tam, gdzie się wychowywałem nikt nie wiedział, że „andrus” to określenie na łobuziaka. Więc nawet nikt mi z powodu nazwiska nie dokuczał. Dorastałem sobie spokojnie i może tylko w jakiś nieujawniony sposób miewałem ciągoty do łobuzerki w wersji light. Żarty zdarzały się raczej z moich inicjałów, bo tradycje „AA” w naszym kraju są mocno zakorzenione.

– Jest pan kolekcjonerem „nieoczywistych komplementów”. Jeden z nich, z którym słuchaczka zadzwoniła do radia, pochodzi z chorzowskiej dyskoteki…

– Tak, pamiętam: od jednego z potencjalnych adoratorów dziewczyna usłyszała słowa „Te, fajno żeś jest z ryja”.

– Pan też doświadczał takich nieoczywistych komplementów. Podobno naprawdę jest Pan przystojniejszy niż w rzeczywistości?

– Dotarła do mnie i taka opinia…

– Nie znalazłem się za drzwiami po pierwszym pytaniu, ale czasu na rozmowę i tak mamy niewiele. Chciałbym jeszcze zapytać, czy po kilku dotychczasowych pobytach w naszym mieście nazbierał pan już jakichś osobistych chorzowskich wspomnień?

– Nieobcy jest mi Chorzowski Teatr Ogrodowy i Festiwal Polskiej Piosenki im. Kazimierza Grześkowiaka organizowany w Skansenie. Wielkie emocje towarzyszyły mi, gdy miałem okazję wystąpić przed chorzowską publicznością stając na słynnej scenie Teatru Rozrywki. To miejsce znane i cenione w całej Polsce. Ale nie będę owijał w bawełnę. Przyjeżdżając do Chorzowa, czy gdziekolwiek, mam z reguły tyle bodźców do wspomnień, co inni artyści na gościnnych występach. Przyjazd na miejsce, obiad, próba, może jakaś kawa w przerwie, występ i wyjazd w dalszą drogę… Z Chorzowem w moim przypadku jest może tylko ciut inaczej. Tym razem udało mi się przyjechać nieco wcześniej i przespacerowałem się ulicą Wolności, której ozdobą są piękne secesyjne kamienice. Odwiedziłem też miejsce, w którym podziwiać można ekspozycję sprzętu audio – starych gramofonów i magnetofonów. To mnie wciągnęło i zaintrygowało. A wcześniej, przy okazji Festiwalu Grześkowiaka w Parku Śląskim odżyły moje wspomnienia z dzieciństwa. Któregoś dnia ciocia z wujkiem przywieźli mnie do „Wesołego Miasteczka”. Kolejkę linową „Elka” pamiętam zaś z kreskówek o przygodach Bolka i Lolka. Kiedy odkryłem, że kolejka wciąż jeździ, bez wahania skorzystałem z przejażdżki na całej trasie aż do Stadionu Śląskiego. I ja, wówczas czterdziestokilkuletni starszy pan, poczułem się jak Bolek…

– Na pointę uściślijmy – jak ten Bolek z kreskówki?

– O, tak! Chyba tak…

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content