– mówią Ľubomír Piktor i Katarína Aulitisová ze słowackiego teatru Divadlo PIKI.
– Jesteście stałymi gośćmi Chorzowskiego Teatrzyku Ogródkowego i związanej z nim „Dziecinady”. Pamiętam wasz pierwszy występ, w 2008 roku w Magazynie Ciekłego Powietrza na terenie „Sztygarki”, a potem kolejne. Miło widzieć was znowu! Lubicie występować w Chorzowie?
Ľubomír Piktor: Jeśli akurat nic nie staje nam na przeszkodzie, jak choćby pandemia czy coś podobnego, gramy tu rzeczywiście często. Podoba nam się otoczenie w jakim spotykamy się z naszymi widzami w waszym mieście. Także Chorzowski Teatr Ogrodowy jest znakomitą ideą, pod którą podpisujemy się w całej rozciągłości. Zatem tak – lubimy tu występować.
Katarína Aulitisová: Nasze regularne wizyty w Chorzowie to chyba w równym stopniu tradycja i przyzwyczajenie. Dzięki nim możemy zaobserwować, jak zmienia się wasze miasto i jak zmienia się Polska. Moim zdaniem jest tu coraz piękniej! Wydaje mi się też, że na przestrzeni lat autostrada znacznie skróciła nam czas przejazdu ze Słowacji.
– Czy po takim długim doświadczeniu coś w Chorzowie jest jeszcze w stanie was zaskoczyć?
Ľubomír Piktor: Oczywiście! Na przykład konkretnie dziś zaskoczył nas wielki koncert na Stadionie Śląskim, który na szczęście nie zniechęcił do odwiedzin w Chorzowskim Teatrzyku Ogródkowym nie tylko naszych najwierniejszych widzów. Przyszli mimo tego, że mogli mieć pewne trudności z dotarciem do Skansenu…
– Dla jakiej widowni najlepiej wam się występuje?
Ľubomír Piktor: Najbardziej lubimy publiczność mieszaną, taką jak dziś. Kiedy dzieci przychodzą z rodzicami możemy posługiwać się różnymi warstwami humoru adresowanymi specjalnie do dzieci i dorosłych.
Katarína Aulitisová: Wtedy reakcje są najpełniejsze.
– Domyślam się, że spontaniczność widzów, zwłaszcza tych najmłodszych, może pójść w zupełnie nieprzewidywalnym kierunku…
Ľubomír Piktor: Mam w pamięci taką historyjkę: podczas jednego z przedstawień przez dłuższy czas przywoływał mnie do siebie kilkuletni chłopiec. Uparcie wołał „Wujku!” i machał ręką, dając znaki, bym się zbliżył. Nie wiedziałem o co chodzi, ale rozumiejąc, że może to być kwestia jakiejś istotnej wagi w rodzaju pilnej potrzeby skorzystania z toalety, podszedłem do niego przy pierwszej okazji i ledwo się nachyliłem, a on wymierzył mi policzek.

– Bez słowa wyjaśnienia?
Katarína Aulitisová: Bez słowa, ale to był, na oko, czterolatek… Nikomu nie stała się krzywda…
– Publiczność jest nieprzewidywalna. Zdarzyło się wam kiedyś coś tak trudnego, jak występ w czasie którego nie udało się nawiązać żadnej interakcji z widownią?
Ľubomír Piktor: Tak budujemy nasze przedstawienia, by to się nie stało, jednak w teatrze nie ma rzeczy niemożliwych. Kiedyś zaproszono nas do miejsca, które specjalizuje się w teatrach alternatywnych adresowanych do dorosłej widowni. Nigdy wcześniej nie grano tam nic dla dzieci. W sali obok działała gospoda, cała przestrzeń była dosłownie wypełniona dymem papierosowym. Dla dziecięcej widowni warunki katastrofalne, a mimo to wymyślono by nas zaprosić. Oczywiście żadne dziecko nie przyszło. Zagraliśmy więc dla pracującego tam technika i pomagającego mu syna.
Katarína Aulitisová: Oni przyszli do pracy, a nie na spektakl, więc ich reakcje były jakie były…

Zdjęcia: Marlena Skoczylas







