– „Rozdroża” to Twoja pierwsza samodzielna powieść. Książka ukazała się dziewięć lat temu i od razu została zauważona – nominowano ją do Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”, a także nagrodzono nagrodą główną na Festiwalu Literatury Kobiet w Siedlcach w kategorii Pióro, Domyślam się, że taki sukces debiutu był jak wiatr w żagle, ale zastanawiam się też, czy nie wywoływał w tobie obaw, że za wysoko zawiesiłaś sobie poprzeczkę już na starcie?
– Nie pamiętam, abym się nad tym zastanawiała. Wszystko toczyło się bardzo szybko. Wysłałam książkę do kilku wydawnictw, nie licząc na nic. Miałam wówczas małe dzieci, które wymagały wiele uwagi, pracowałam w muzeum etnograficznym w Chorzowie, pisanie było po prostu przyjemnością i sądziłam, że tak zostanie. Warszawskie wydawnictwo „Muza” odezwało się do mnie już po kilku dniach. Pani redaktor Małgorzata Burakiewicz oznajmiła, że wydawnictwo jest zainteresowane wydaniem książki i zaprosiła na rozmowę. Pojechałam do Warszawy i podpisałam pierwszą umowę. Przyznam, że do tego momentu branżę wydawniczą znałam tylko z punktu widzenia czytelnika. Nie miałam pojęcia, jak się poruszać w świecie wydawców i autorów i wiele rzeczy robiłam wówczas zawierzając wyłącznie swojej intuicji. Książka stała się popularna, cieszyło mnie to, ale chyba dopiero po otrzymaniu nagrody na Festiwalu w Siedlcach pomyślałam sobie „Dziewczyno, czy ty właśnie nie zmieniasz swojego życia?” Były to jednak wyłącznie pozytywne odczucia.

– Wydawca od razu chciał kontynuacji historii… – Ostatecznie powstała trylogia, która teraz – po latach – wraca w jednym woluminie. Jaki jest dziś Twój stosunek do tej „śląskiej sagi”?
– Już na pierwszym spotkaniu w siedzibie wydawnictwa, poproszono mnie o napisanie kontynuacji. Pamiętam, że gdy tego samego dnia dzwoniłam do mamy, autentycznie zmartwiona stwierdziła, że nie pamięta innych szczegółów z życia dziadków (czyli jej rodziców). Potem okazało się, że wspomnień wystarczyło na napisania nie tylko drugiej części, ale i trzeciej. Od pierwszego wydania minęło dziewięć lat. Na moim koncie jest szesnaście książek i antologii, a w dalszym ciągu „śląska saga” jest mi najbliższa. To sfabularyzowana opowieść o miłości moich dziadków, z którymi byłam bardzo związana. Ta powieść to część mnie. Długo walczyłam o wznowienie „Rozdroży”. Na przeszkodzie stała najpierw pandemia, potem trudna sytuacja na rynku wydawniczym. Teraz jestem niezmiernie szczęśliwa, że książka znów jest dostępna i to w tak pięknym wydaniu. Autorką okładki jest chorzowianka Ania Slotorsz.
– Czy w ciągu dziewięciu lat, jakie upłynęły od pierwszego wydania „Rozdroży” zmieniło się jakoś Twoje spojrzenie na Śląsk? Czy zastanawiałaś się kiedyś, jak wyglądałaby ta książka, gdyby powstała później – korciło cię, żeby coś w niej zmieniać, napisać inaczej?
– Przed ponownym wydaniem książka przeszła przez solidną redakcję. Jest trochę drobnych zmian, na przykład zmieniłam nazwy miast z polskich na niemieckie. Podczas wojny Pszczyna była przecież Pless, a Chorzów nosił nazwę Königshütte. Korciło mnie, aby zmienić więcej. Teraz moja świadomość Śląska i jego historii jest dużo większa. Wtedy pisałam intuicyjnie, nie miałam wiedzy, ile tematów dotyczących naszego regionu pozostaje przemilczanych i kontrowersyjnych. Teraz więcej miejsca poświęciłabym trudnym zagadnieniom, ale może wówczas nie powstałaby tak piękna opowieść o miłości i zwyczajnej codzienności Chorzowa, bo właśnie tu dzieje się spora część akcji. „Ogrody na popiołach”, wydane rok temu, są w pewnym stopniu dopełnieniem Rozdroży. Wyjaśnieniem tego, co tu zostało jedynie zaznaczone. Widocznie tak miało być, bo wszystko ma swój czas i miejsce.

– I pytanie może ważniejsze niż poprzednie – czy docierają do Ciebie głosy czytelników świadczące o tym, że Twoje książki (a zwłaszcza „Rozdroża”) wpłynęły na ich postrzeganie naszego regionu, zburzyły jakiś stereotyp?
– Odpowiem wspomnieniem. Kilka lat temu, po wydaniu trzeciego tomu „śląskiej sagi”, miałam spotkanie w niewielkiej miejscowości pod Poznaniem. Po spotkaniu podeszła do mnie młoda dziewczyna i powiedziała, że dzięki tym książkom lepiej rozumie śląską część swojej rodziny i czuje, że powinna nawiązać z nią kontakt. Jej bliscy byli pokłóceni, nie umieli zaakceptować, że wujek mieszkający podczas wojny na śląsku walczył w Wermachcie. Ukrywali ten fakt przed światem, wstydzili się krewnego w niemieckim mundurze. Choć wujek już nie żył, dziewczyna stwierdziła, że spróbuje odnowić relacje z tą częścią rodziny. Na szczęście w ostatnich latach postrzeganie Śląska się zmienia. Wiele dobrego zrobił Zbyszek Rokita reportażem „Kajś”. Śląsk stał się tematem powieści, reportaży, sztuk teatralnych. Mam wrażenie, że w taki sposób łatwiej walczyć ze stereotypami i tym fałszywym obrazem naszej małej ojczyzny. Cieszę się, że choć w niewielkim stopniu też mam na to wpływ.

– Zaglądasz na portale czytelnicze takie jak biblioNETka.pl czy lubimyczytac.pl żeby śledzić opinie o swoich książkach i ich punktację?
– Oczywiście, że zaglądam. Choć zdaję sobie sprawę, że nie jest to najlepsze źródło informacji o książce. Na takich stronach aktywni są zarówno blogerzy literaccy związani z wydawnictwami, jak i konkurencja. Widać to szczególnie w pierwszej fazie sprzedaży książki. Z biegiem czasu, gdy pojawia się coraz więcej opinii i ocen czytelników, stają się one bardziej wiarygodne. Nie znam jednak autora, który nie ciszy się dobrymi opiniami i nie martwi tymi gorszymi. Ma to pośredni wpływ na sprzedaż książki, a choć wciąż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, pisanie jest nie tylko naszą pasją, ale i pracą, za którą staramy się utrzymać.








