– Zacznijmy od przypadającego 2020 roku trzydziestolecia Teatru Korez. Powodem do radości na pewno jest fakt, że ten projekt przetrwał tyle lat i wciąż ma się dobrze. Żal tylko, że powstał w Chorzowie i nie zapuścił tu korzeni. Kto dziś kojarzy Korez z Chorzowem? I kto jeszcze pamięta, że Mirosława Neinerta nie było w tym zespole od początku, tylko… przyprowadził go Bogdan Kalus…?

– Wszystko to prawda, jednak nie do końca mam pewność, czy historia Korezu potoczyłaby się podobnie, gdybyśmy zostali w Chorzowie. Tutaj niekwestionowaną marką jest Teatr Rozrywki i obawiam się, że przy takim liderze zawsze bylibyśmy skazani na drugie miejsce. Na decyzję o wyprowadzce z miasta wpłynął jednak bezpośrednio brak odpowiedniego lokalu na rozwinięcie działalności. Zaczynaliśmy w Młodzieżowym Domu Kultury nr 1 przy ul. Dąbrowskiego 7, ciesząc się przychylnością dyrekcji w osobie Marty Babral. Kiedy zaczęliśmy poszukiwać własnego lokum, zaproponowano nam część budynku przy ul. Dworcowej. Nie mogliśmy tego zaakceptować, bo koszt remontu, jaki trzeba było tam wykonać, znacznie przerastał nasze możliwości. Tak przytuliliśmy się do „Sceny 113” w Górnośląskim Centrum Kultury w Katowicach. I – nie ujmując niczego Chorzowowi – to był właściwy krok. W Katowicach mogliśmy rozwinąć skrzydła i łatwiej dotrzeć do publiczności. Katowice jako stolica województwa przyciągają mieszkańców regionu. Ci z bliższych i dalszych okolic przyjeżdżają tu częściej, chętniej i łatwiej niż do Chorzowa. Zresztą nie brakuje tu także chorzowian. Można więc powiedzieć, że zyskaliśmy znacznie szerszą widownię, jednocześnie nie tracąc publiczności chorzowskiej. Co ciekawe po naszej przeprowadzce korespondencja do Korezu i tak jeszcze długo przychodziła na chorzowski adres przy Dąbrowskiego 7. W ten sposób symbolicznie zostaliśmy w Chorzowie.

– Ktoś wtedy miał odwagę pomyśleć, że zaczyna się coś, co urośnie do rangi rozpoznawalnej i popularnej instytucji kultury?

– Nigdy w życiu! Sam nie byłem w zespole od samego początku, ale nawet wtedy, gdy dołączyłem, to wciąż jeszcze była istna partyzantka. Zaczęło się od grupy kolegów, którą współtworzyli m.in. Tadeusz Ogrodowczyk, Grzegorz Wolniak, Wojciech Wiciński i Tomasz Pośpiech. Teatr był amatorski i chłopaki odchodzili, gdy szli na studia, albo zakładali rodziny – taka jest w tego typu sytuacji kolej rzeczy. A przecież mieli sukcesy, kilka razy brali udział w warsztatach teatralnych w Wilkasach, gdzie poznali m.in. Mikołaja Grabowskiego. Wyciągnęli od niego „Scenariusz dla trzech aktorów” Bogusława Schaeffera, a kiedy udało się uzyskać zgodę autora na wystawienie, okazało się, że nie ma kto grać. Na placu boju został tylko Grzegorz Wolniak. Udało mu się porozumieć z Michałem Brysiem, który wtedy, jako młody adept aktorstwa, stawiał pierwsze kroki na scenie Teatru Rozrywki. Tym trzecim do kompletu miałem być ja. Rozmawialiśmy o tym z Grzegorzem Wolniakiem długo. Spotkaliśmy się w kawiarni Antrakt w Teatrze Rozrywki. To był wówczas jedyny lokal w Chorzowie, czynny do ostatniego gościa. Byłem bez pracy, kabarety w których występowałem, traciły rację bytu, więc dałem się namówić. Premierę zrobiliśmy 21 maja 1990 roku w kameralnej sali na pierwszym piętrze MDK przy ul. Dąbrowskiego. Potem graliśmy m.in. w katowickim „Marchołcie”. Zaproszono nas też na słynną „FAMĘ”. Jechaliśmy na ten festiwal już ze świadomością, że Michał Bryś odejdzie, bo dostał się do krakowskiej PWST.
Mieliśmy w perspektywie pomysł organizacji spektakli w szkołach i młodzieżowych ośrodkach kultury, tymczasem znowu stanęliśmy przed problemem „braków kadrowych”. Opcje były dwie: albo kogoś znajdziemy, albo trzeba kończyć przygodę. Właśnie wtedy pomyślałem o Mirku Neinercie, moim dawnym sąsiedzie z bloku w Chorzowie Batorym. Zgodził się do nas dołączyć. Kilka dni po tej rozmowie mieliśmy już pierwszy wspólny spektakl. Dalej poszło siłą rozpędu. Coraz częściej i lepiej o nas mówiono, aktorzy państwowych teatrów coraz bardziej nas nienawidzili, bo nie mogli przeboleć tego, że Korez robi teatr prostymi środkami, bez wielkich kostiumów i dekoracji, a przy tym przyciąga młodzież. W kwietniu 1991 roku w Teatrze Rozrywki graliśmy przy pełnej widowni – wtedy poczuliśmy jak procentuje granie dla okolicznej młodzieży. Ci którzy widzieli nas wcześniej w swojej szkole, przyprowadzili kolegów, rodziny… To był sukces, którego ukoronowaniem stała się „Złota Maska” przyznana nam w roku 1992. Premierę „Kwartetu dla czterech aktorów”, kolejnej realizacji sztuki Bogusława Schaeffera, wystawiliśmy jeszcze w „naszym” chorzowskim MDK-u, po czym powędrowaliśmy do Katowic.

 

Bogdan Kalus. Foto: Katarzyna Kalus

– Po latach drogi Bogdana Kalusa i Teatru Korez się rozeszły…

– W 2003 roku przeniosłem się do Warszawy, ale przez lata dojeżdżałem do Katowic, by grać w Korezie. Miałem poczucie, że to jest mój dom i moje dziecko, a przy tym wentyl bezpieczeństwa. Myślałem – mam gdzie wrócić, jeśli w Warszawie coś pójdzie nie tak. Terminarz miałem coraz bardziej napięty, zacząłem pracować w Teatrze Capitol, byłem obecny na planach filmów i seriali, a mimo to stawałem na głowie, by skorelować terminy z Korezem. Tymczasem wyszło na to, że przez ponad 10 lat nie zagrałem w Katowicach żadnej premiery. I, niestety, rozminąłem się z „Cholonkiem”. Stało się, jak się stało i ostatecznie zdecydowałem się odejść. Nie był to łatwy krok, uczyniłem go nie bez żalu.

– A decyzja o przeprowadzce do Warszawy, z perspektywy lat, które już upłynęły – słuszna?

– Nie mam wątpliwości, że tak. Wraz z nią otworzyły się przede mną nowe możliwości i szansa na zdobywanie doświadczeń, o które poza Warszawą nie byłoby łatwo. Zyskałem popularność, która sprawiła, że trafiłem nawet do programu „Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami”…

– Do tej popularności i rozpoznawalności przyczynił się niewątpliwie serial „Ranczo”, mający dla wielu widzów status kultowego. Bezdyskusyjnie kultowa stała się sama wilkowyjska ławeczka, na której zasiadał m.in. Hadziuk… Mnie jednak ciekawi dziś sprawa innej postaci – czy Gerard z serialu „Święta wojna” też dał popularność, czy widzowie się od niego dystansowali? Ten serial miał – o dziwo? – spore grono krytyków…

– Gerard dał popularność, bo to był całkiem sympatyczny facet (śmiech), ale „Święta wojna” rzeczywiście spotykała się z częstą krytyką. Zupełnie nie rozumiałem zarzutów, że wyrządzamy tym serialem jakąś krzywdę Ślązakom… Pokazaliśmy co najwyżej, jak wielu spośród żyjących tu ludzi nie ma dystansu do siebie i rzeczywistości. I to było przykre. Idąc tą drogą można przecież stwierdzić, że „Ranczo” też kogoś szufladkowało, a „Świat według Kiepskich” obraża jakieś 90% Polaków… Dajmy spokój! Dla mnie pouczający był kurs z pewnym warszawskim taksówkarzem. Rozpoznał mnie i zahaczył nie o „Ranczo”, a właśnie o „Świętą wojnę”, mówiąc: „ale tam robicie tego warszawiaka w konia”. Odpowiedziałem mu, że u nas wszyscy myślą, że to raczej warszawiak ogrywa Ślązaków. Ta przygoda pokazała mi, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia! Byłem zdumiony, gdy kiedyś od Barbary Blidy usłyszałem, że i ona ma złe zdanie o „Świętej wojnie”. Nawet jej musiałem tłumaczyć, że to tylko serial i do tego komediowy, więc nie powinno się go brać na poważnie. Mieszanie filmu z rzeczywistością to bardzo zły objaw.

 

Na planie filmu Lecha Majewskiego „Brigitte Bardot Cudowna”.

– Co nowego w pracy?

– Od czasu zejścia z planu serialu „Ranczo” w filmie robię nieco mniej, ale nie narzekam. Zagrałem w filmie Filipa Zylbera „Miłość do kwadratu”, a niedawno premierę miał najnowszy film Lecha Majewskiego z moim udziałem – „Brigitte Bardot Cudowna”.

– Znacząca – bo główna – rola przytrafiła się parę lat temu w ekranizacji przygodowej powieści Edmunda Niziurskiego dla młodzieży – „Klub włóczykijów”. Chciałbym na koniec wspomnieć i o tym filmie.

– No, to mam anegdotę na finał. Kiedy zwrócono się do mnie z propozycją zagrania wuja Dionizego, reżyser zapytał, czy jestem gotów zrobić dla tej roli dwie rzeczy – ogolić się na zero i przytyć. Uznałem, że oba wymogi da się wypełnić bez większego trudu, więc się zgodziłem. Ekipa „Rancza” protestowała, gdy usłyszała, że muszę zgolić włosy, ale udało się porozumieć, w efekcie czego także Hadziuk drastycznie zmienił uczesanie. Sprawy szły w dobrym kierunku. Byłem łysy jak kolano, przybyło mi osiem kilogramów i wtedy okazało się, że „Klub włóczykijów” powstanie z rocznym opóźnieniem. To była tragedia, bo ze swoim nowym emploi musiałem przetrwać dwa lata. Czułem się z tym coraz gorzej fizycznie i zacząłem żałować, że kiedyś marzyłem o tym, by dostać rolę z takim wyzwaniem, które wymaga konkretnych i wyraźnych zmian wizerunku. Chciałem, naiwny, choć raz być jak Robert De Niro. Dziś się z tego śmieję, bo choć łatwiej było przytyć niż schudnąć, to dzięki diecie i ostatnim tanecznym wysiłkom fizycznym spadłem ze 110 do 91 kilogramów wagi. To bardzo dobry wynik. I może jeszcze nie koniec tematu?

 

Fotosy z archiwum aktora.

 

 

Klub Włóczykijów

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content