– Powinienem zacząć od serialu „1670”, ale – matko jedyna, kochana moja – nie zrobię tego. To jasne, że chcę żeby ten wątek był obecny w naszej rozmowie, dajmy mu jednak pojawić się naturalnie. Pozwolę sobie więc zacząć od… początku i zapytam o to z jakim wyobrażeniem siebie w zawodzie wchodziła pani do aktorstwa jako debiutantka i jak to wyobrażenie wypadło w konfrontacji z rzeczywistością. Ma pani poczucie, że wszystko potoczyło się tak, jak miało?

– Muszę pana zmartwić – nie miałam żadnego wyobrażenia siebie w aktorstwie, bo ani przez chwilę o tym nie myślałam. Oczywiście, że już od czasu szkoły podstawowej próbowano mnie angażować do rozmaitych recytacji, ale bardzo tego nie lubiłam. To był czas „Czerwonych Gitar” i wielu podobnych zespołów, więc jeśli już miałabym o czymś myśleć, byłoby to raczej śpiewanie i estrada, a nie scena i aktorstwo… Nie wiem, czy pan wie, ale ja jestem z zawodu tokarz-ślusarz. Pracowałam przy maszynie w zakładach Unitra Unimasz i można się zastanawiać, czy takie zajęcie może w ogóle mieć coś wspólnego z recytowaniem… Otóż działał tam przyzakładowy klub dający możliwość rozwijania zainteresowań okołokulturalnych. Wciśnięto mi tam jakiś „męski” wiersz Mariana Załuckiego, którego nie chcieli recytować koledzy.  To, a może jakieś inne wykonanie, usłyszała przyjaciółka mojej mamy, dziennikarka „Głosu Koszalińskiego”, Jadwiga Ślipińska. I to ona zawyrokowała, że „Elka ma recytować!”, a potem zaangażowała się w przygotowanie mnie do konkursu. Zaczęłam zdobywać kolejne laury, jednak wciąż nie myślałam o aktorstwie, bo byłam wstydliwa i pełna kompleksów. Wszystko minęło, jak ręką odjął, kiedy w czasie jednego z występów musiałam bisować recytację wiersza. Wyobraża pan sobie taką sytuację? Za sprawą recytatorskich sukcesów trafiłam do koszalińskiego Teatru Propozycji Dialog, prowadzonego przez Henrykę Rodkiewicz, która dziś sama jest legendą, a wyszła z legendarnego Teatru Rapsodycznego Mieczysława Kotlarczyka. Znaleźć się w zespole „Dialogu” to było coś! Zrobiłam tam monodram „Bobok” według Dostojewskiego, za który podczas festiwalu w Zgorzelcu przyznano mi główną nagrodę aktorską! Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że spotkanie Jadwigi Ślipińskiej i Henryki Rodkiewicz zaważyło na moim dalszym losie. Gdyby nie one, pewnie dalej tkwiłabym przy znienawidzonej maszynie jako tokarz-ślusarz. Któregoś dnia mąż mojej kuzynki przyniósł wiadomość, że w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie szukają suflera. Wzięłam tę robotę. Ponieważ przyjęto mnie na etat „sufler z możliwością dogrywania”, to „dogrywałam”… Po pięciu latach przyszedł czas na zmianę. Już z dyplomem aktorskim, uzyskanym po egzaminie eksternistycznym, zatrudniłam się jako aktorka w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, gdzie spędziłam kilka kolejnych lat.

„The Rocky Horror Show”. Foto: Tomasz Zakrzewski / Teatr Rozrywki

– Jeszcze przed Szczecinem był Festiwal Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Proszę, pójdźmy w tę stronę, bo ona zbliży nas do Chorzowa. Wszak to chyba właśnie za sprawą Wrocławia w pani życiorysie znalazł się Chorzów?

– Choć w istocie trafiłam na Śląsk ze Szczecina, to rzeczywiście można powiedzieć, że sprawił to Wrocław, bo dyrektor chorzowskiego Teatru Rozrywki Dariusz Miłkowski widział mój tamtejszy festiwalowy występ i zaprosił mnie do Chorzowa. Na początek w związku z koncertem „Aktorzy śpiewają”, który w 1985 roku stanowił oficjalną inaugurację tej sceny, ale już rok później zaproponował mi angaż. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że zwiążę się z Chorzowem na dobre i złe, ale dziś uważam, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Zawsze chciałam śpiewać, a chorzowska scena dała mi tę możliwość. Pamiętam, że pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku oglądałam z mamą transmisję programu z Telewizyjnego Music Hallu i stwierdziłam, że chciałabym tam kiedyś pracować. Pewne rzeczy sobie wizualizuję, ale nigdy się o nic nie staram. Co ma być, przychodzi samo. Tak jak na przykład to: Telewizyjny Music Hall przekształcono w Teatr Rozrywki, a ja złapałam etat. Dla domknięcia historii dodam, że kiedy w 1981 roku zdobyłam II nagrodę na Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, I miejsce zajęła Maria Meyer. Kto mógł przypuszczać, że później przez lata będziemy się spotykać regularnie w zupełnie innych okolicznościach.

Fraulein Schneider w musicalu „Cabaret”, Foto: Artur Wacławek / Teatr Rozrywki

– A teraz nawet się „mijacie”, grając na zmianę rolę Fraulein Schneider w musicalu „Cabaret”. Nie mogę nie zapytać o to, jak czuje się pani po powrocie do tej roli po ponad 30 latach od pierwszej premiery? Fraulein Schneider ze spektaklu z roku 1992 w reżyserii Marcela Kochańczyka przyniosła pani Złotą Maskę…

– Marcel Kochańczyk w swojej inscenizacji pozostał wierny czasowi akcji, sytuując go w latach trzydziestych XX wieku. „Cabaret” z roku 2019 w reżyserii Jacka Bończyka to zupełnie inny spektakl, bardziej współczesny, osadzony w bliskich nam realiach. Zmieniła się scenografia, role rozdzielono między nową obsadę… Jacentego Jędrusika w roli Mistrza Ceremonii zastąpił Kamil Franczak, tworząc zupełnie odmienny charakter. Inna jest Sally Bowles. W 1992 grała ją Maria Meyer… Ja kreowałam wtedy Fraulein Schneider ze Stanisławem Ptakiem w roli Herr Schultza u boku. Różnica wieku w tej parze dała się zauważyć. Dziś myślę, że byłam wtedy za młoda na Fraulein Schneider. Teraz jestem w bardziej odpowiednim wieku, za to moi partnerzy są wyraźnie młodsi. Tak to już bywa w teatrze. Wiele emocji dostarczyło mi oglądanie Marii Meyer, która wciela się we Fraulein Schneider od premiery. Korzystając ze swojego warsztatu, doświadczenia i warunków tchnęła w postać nowego ducha. Dla mnie ten niespodziewany powrót do roli to ciekawe doświadczenie. Czymś niezwykłym jest móc zobaczyć od środka, że każde pokolenie ma swój „Cabaret”. Ci, dla których pierwszym zetknięciem z tym musicalem jest realizacja z roku 2019 będą patrzeć na kolejną po latach tak, jak my ją widzimy dziś, mając w pamięci rok 1992. „Cabaret” żyje i wciąż może odkrywać przed nami coś nowego.

– Wygląda na to, że doszliśmy w końcu do hitu Netfliksa. Jak znalazła panią ekipa serialu „1670”?

– Ponieważ nie jeżdżę na castingi, rzeczywiście mnie znaleźli. Ktoś podsunął im mój numer telefonu i zadzwonili. Chcieli, żebym przyjechała na jakieś próbne zdjęcia, ale zakomunikowałam im to, co panu – „nie jeżdżę na castingi”. Może to było ryzykowne, ale wzięli mnie w ciemno…

– O matko jedyna, kochana moja!

– Powiem więcej – gdyby mi zaproponowali większą rolę, odmówiłabym, bo z natury jestem leniwa. Nie wytrzymałabym na planie dłużej niż trzy dni. Tym bardziej, że w domu mam starszą sunię. Psina musiałaby być pod opieką mojej przyjaciółki i strasznie by tęskniła, a ja też bym to przecierpiała. Nie chcę zbytnio obciążać ani jednej, ani drugiej, więc z przygody na planie wyszłyby nici.

– O Boże wszechmogący! Dobrze, że tak się nie stało! Myślę, że nie jestem odosobniony w tej opinii… Jak pani, serialowa płaczka Stasia, ocenia tę produkcję?

– Nie oglądam się na ekranie. Nie lubię tego podobnie jak wielu innych aktorów, ale wyjątkowo przełamałam się na planie „1670”, bo w czasie zdjęć zauważyłam, że ekipa zarykuje się wokół monitora. Kiedy więc reżyser zapytał, czy chcę zobaczyć efekt naszej pracy, stwierdziłam „raz kozie śmierć” i poszłam. Spojrzałam w monitor i szczerze popłakałam się ze śmiechu. Na razie widziałam tylko tyle, bo nie mam w Chorzowie dostępu do Netfliksa, ale nadrobię to przy pierwszej nadarzającej się okazji! Wiem, że serial stał się bardzo popularny, wzbudza kontrowersje, dyskusje. Widziałam też memy, także te ze Stasią i wciąż nie mogę wyjść z osłupienia. To szaleństwo, ale bardzo miłe. Dociera do mnie wiele bardzo pozytywnych reakcji. I głosy, że ludzie czekają na drugi sezon.

– Ja także czekam, z nadzieją, że i w nim będzie miejsce dla pani postaci. Stasia pokazała szerokiej widowni, jak – z choćby krótkiej obecności na ekranie – potrafi pani zrobić perłę, która zostanie zapamiętana na długo. W Chorzowie wiedzą to od dawna, ja podpisuję się pod tą opinią obiema rękami. Po raz kolejny potwierdziło się zdanie, że po podejściu do najmniejszej roli można poznać, czy ma się do czynienia z aktorem wybitnym.

– O matko jedyna, kochana moja!

„Adonis ma gościa”
Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content