– Ma pan za sobą piękny jubileusz sześćdziesięciolecia pracy artystycznej. To jednak czas ściśle związany z aktywnością profesjonalną. Muzycznej pasji jest pan wierny znacznie dłużej – jak to się zaczęło?

– Moja miłość do muzyki zaczęła się rozwijać we wczesnym dzieciństwie. Wyniosłem ją z domu rodzinnego w Hajdukach. Byłem prawdziwie zasłuchany w śpiew matki, która miała bardzo piękny głos. To słuchanie stanowiło mniej lub bardziej świadomą formę domowego umuzykalnienia. Zresztą dobry głos i pasję śpiewaczą miał także mój ojciec. Sam mam niestety niewiele osobistych wspomnień z nim związanych, bo zginął na wojnie. Wiem jednak, że często śpiewał z mamą w duecie i był wielkim miłośnikiem włoskiego repertuaru, zwłaszcza w zakresie popularnych pieśni neapolitańskich. Zacząłem śpiewać w dzieciństwie, ale specjalnie nie obnosiłem się z tą pasją. Mimo to koledzy wiedzieli i kiedy w siódmej klasie pojawiła się potrzeba jakiegoś występu wokalnego w ramach szkolnej akademii, któryś z nich rzucił „To niech Dyga zaśpiewa”. Nauczyciel poprosił mnie o próbkę. Wstałem, ale nie wydusiłem z siebie żadnego dźwięku. Ostatecznie nie wystąpiłem i zarobiłem niedostateczny ze śpiewu. Po latach od tamtych wydarzeń niektórzy szczerze się dziwili: „Ty studiowałeś wokalistykę?!”. Jeszcze przed studiami zdobywałem pierwsze szlify w katowickim Pałacu Młodzieży i w działającym w Hajdukach chórze „Słowiczek” pod kierunkiem Henryka Króla, legendy miejscowej kultury muzycznej. Przeżył Auschwitz dzięki temu, że podjął się dyrygowania obozową orkiestrą, która grała na powitanie kolejnych transportów więźniów. Dołączyłem do „Słowiczka” za namową brata, Emanuela Dygi, który jako tenor-baryton znany był w okolicy pod przydomkiem „Hajducki Caruso”. Moim następnym krokiem był chór „Ogniwo” przy Filharmonii Śląskiej, ale ważna była dla mnie także aktywność w Pałacu Młodzieży, gdzie zetknąłem się z dyrygentem Ludwikiem Hładyłowiczem. W grupie pod jego kierunkiem przygotowaliśmy spektakl z muzyką Chopina i… w ogólnopolskim konkursie zajęliśmy pierwsze miejsce wśród teatrów szkolnych. Mieliśmy okazję wystąpić w Warszawie, a ja, jako Paryski Gawrosz odebrałem od Hanki Bielickiej nagrodę w postaci maszynki do golenia.   

– Pierwszy poważny angaż w pana artystycznym życiorysie to Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk”…

– Kiedy pojawił anons o naborze do Zespołu, Ludwik Hładyłowicz powiedział mi: „Startuj, ja cię przygotuję”. Zaczynałem w grupie około 300 chętnych. Z tego grona wyłoniono kilkunastu kandydatów, a w końcu zostało nas kilku. I tak, w wieku 21 lat, rzeczywiście otrzymałem pierwszy angaż zawodowy, zostając członkiem chóru ZPiT „Śląsk”! Było to ważne doświadczenie, ale po jakimś czasie szukałem już nowych wyzwań w Warszawie. Stanisław Hadyna okazał się być wymagający ponad miarę. W stolicy spędziłem cztery lata, próbując swoich sił m.in. w kabarecie u boku Wojciecha Młynarskiego i Macieja Zembatego. Z Feliksem Dzierżanowskim, twórcą Polskiej Kapeli Ludowej, nagrałem śląską pieśniczkę „Dzióbka dej”, która następnie wielokrotnie emitowana była w radio. Zaliczyłem angaż do chóru Filharmonii Narodowej, a także, na dwa lata, zaangażowałem się w Zespole Pieśni i Tańca Wojska Polskiego, współpracowałem z kabaretem „Czarny Kot”. To były czasy, kiedy szansę dla młodych wokalistów stanowił Festiwal Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. Nie mogło mnie tam zabraknąć. Z sukcesem wystąpiłem solo, a po roku – w duecie z Alicją Majewską.

– Z Alicją Majewską?

– Można powiedzieć, że odkryłem jej talent, ale to był okazjonalny duet, nasze artystyczne drogi się rozeszły. Ona z czasem zrobiła znakomitą karierę w piosence, ja poszedłem w swoją stronę. W ubiegłym roku mieliśmy okazję spotkać się w Miejskim Domu Kultury „Batory”. Przyszedłem na jej koncert z kwiatami. Była kompletnie zaskoczona, nie wiedziała, że jestem „synek z Hajduk”, więc zupełnie nie spodziewała się takiego spotkania po latach w Chorzowie. Było wzruszająco.

– Jak wyglądała pana dalsza droga artystyczna po wyjeździe z Warszawy?

– Ukończyłem studia na wydziale wokalno-aktorskim Akademii Muzycznej w Łodzi. Mój pierwszy angaż po studiach to Opera i Operetka w Bydgoszczy. Grałem tam dużo, do dziś miło wspominam tamten czas, ale coraz mocniej odzywała się tęsknota za miejscem z którego wyszedłem, chciałem być bliżej ziemi na której się wychowałem. Udało się znaleźć miejsce w Operetce Gliwickiej. Przyjechałem i związałem się z tą sceną na 17 lat! Repertuar był bardzo szeroki – operetki, opera buffa, bajki, wodewile, programy kabaretowe… Czas ciekawy i bogaty w doświadczenia. Można było mnie oglądać na deskach Teatru Nowego w Zabrzu, gdzie pogłębiałem doświadczenia aktorskie. Odnalazłem się też na estradzie, występując solo i z zespołem Vox-Art., którego jestem liderem.

– Wciąż jest Pan aktywny, patrząc na pana dziś można się spodziewać, że energii wystarczy jeszcze na długie lata. Czuje się pan artystą spełnionym?

– Czy jestem spełniony? Gdybym to stwierdził, to byłaby pycha. Myślę, że każdy artysta wciąż czuje jakiś niedosyt. Czy mogłem więcej, lepiej? Zawsze można. To, co osiągamy jest wypadkową zaangażowania, okoliczności, warunków, otoczenia, nie zależy tylko od nas samych. Moje życie na pewno wyglądałoby inaczej, gdybym został w Warszawie, ale czy „inaczej” zawsze znaczy „lepiej”? Tego nigdy nie wiemy na pewno. Trzeba podążać za tym, co się wybrało. To, co robiłem i robię jest dla mnie ważne. Cieszę się, że spotykam się z dobrym przyjęciem publiczności. Cenię sobie możliwość współpracy ze śląskimi chórami. Chorzowski ewangelicki chór „Cantate” poszukiwał kiedyś głosów do wsparcia grupy basowej w związku z prestiżowym wyjazdem do holenderskiej miejscowości Driel. Dołączyłem do nich i zostałem na całe lata. W Holandii występowaliśmy kilkukrotnie, reprezentowaliśmy także Chorzów w czeskim mieście partnerskim – Zlinie, a ponadto gościliśmy m.in. w Niemczech i Danii.  Obecnie współpracuję z katowickim chórem ewangelickim „Largo Cantabile” i gliwickim „Animato”. To jest aktywność w pełni społeczna. Nie zarabiam na tym ani złotówki, ale mam sporo satysfakcji. Poza tym mam kilka estradowych programów okolicznościowych – „Witaj majowa jutrzenko”, „Dla ciebie, Polsko”, program kolędowy, operetkowo-musicalowy i wieczór piosenki retro, z którymi goszczę w różnych miejscach… Ważne jest dla mnie kultywowanie pamięci Juliusza Rogera, zbieracza śląskich pieśni, który ocalił od zapomnienia około 500 utworów, z których do dziś korzystają m.in. lokalne chóry. Na moją interwencję teksty te zebrane zostały  w publikacji elektronicznej, przygotowanej przez Bibliotekę Śląską.  Swoje „akumulatory” ładuję uprawiając turystykę górską, rowerową i kajakową, na miarę możliwości emeryta. Pozwala mi to utrzymać dobrą kondycję i odłożyć na bok stresy związane z codziennością, których nie szczędzi także mój zawód.

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content