– Siedzimy w restauracji chorzowskiego hotelu. Kilkanaście kroków w linii prostej dzieli nas od Skweru Rotmistrza Witolda Pileckiego. Nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego punktu wyjścia do rozmowy, bo Twój przyjazd do Chorzowa związany jest z realizacją fabularyzowanego dokumentu „Brzemię”, w którym wcielisz się w tę postać historyczną. Zanim jednak do tego filmu dojdziemy, cofnijmy się do przeszłości, w której tkwią korzenie propozycji tej roli. W roku 2006 swoją premierę miała fabuła ze scenariuszem i w reżyserii Ryszarda Bugajskiego – „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Wówczas po raz pierwszy zostałeś ekranowym Pileckim, a to doświadczenie zmieniło Twoje życie. Jak doszło do tamtej realizacji?
– To długa i trudna, ale przy tym barwna historia. W 1982 roku Ryszard Bugajski zrealizował głośne „Przesłuchanie”, które natychmiast zostało „pułkownikiem”, czyli filmem objętym cenzorskim zakazem rozpowszechniania. Embargo to zdjęto dopiero w 1989 roku, po zmianie ustroju Polski. Ryszard Bugajski wyemigrował na długo przedtem, wywożąc ze sobą jedną z kopii filmu i ratując go w ten sposób przed całkowitym unicestwieniem. Spotkaliśmy się w Los Angeles, jako dwaj emigranci uciekający do wolności. To było bardzo ważne spotkanie biorąc pod uwagę czas, na który przypadło. Emigracja na drugą półkulę na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku, w czasach bez komputerów, internetu i telefonów komórkowych to był bilet w jedną stronę, totalne odcięcie. Możliwość kontaktu z innym Polakiem w takich realiach to było naprawdę coś. Bugajski miał już wtedy pomysł na realizację filmów opowiadających 9 polskich historii od czasów II wojny światowej do PRL. Kiedy wrócił do Polski, przystąpił do realizacji jednego z nich. Obraz „Zabić Wałęsę” miał w jego zamyśle opowiadać o pierwszych wolnych wyborach prezydenckich w Polsce. Chciał zaproponować mi wcielenie się w główną postać opowieści — szefa sztabu wyborczego kandydata na prezydenta, Lecha Wałęsy. Po pierwsze okazało się jednak, że nie ma zgody tytułowego bohatera na taki tytuł, a po drugie w efekcie ówczesnych układów w filmowym światku nie będę mógł zagrać proponowanej roli. Film powstał ostatecznie pod tytułem „Gracze”, a ja zagrałem w nim mniej eksponowaną, ale również istotną, rolę szefa sztabu wyborczego Tadeusza Mazowieckiego. Po tej robocie wróciłem do Stanów i ani się obejrzałem, a minęła dekada. Któregoś dnia w swojej skrzynce mailowej znalazłem niespodziewaną wiadomość od Ryszarda Bugajskiego – „Nareszcie znalazłem dla Ciebie idealną rolę! Mam nadzieję, że nie powiesz NIE” – i scenariusz. To była „Śmierć rotmistrza Pileckiego”. Lektura okazała się wstrząsająca. Czułem, że to będzie wielka sprawa i byłem gotowy zagrać.

– Rok 2005 to w Polsce już zupełnie inna rzeczywistość. Poszło gładko?
– To brzmi zbyt pięknie żeby mogło być prawdziwe. Ryszard Bugajski rozpuścił wici, próbował zainteresować swoim projektem potencjalnych sprzymierzeńców i nie znalazł nikogo. Kiedy w „Życiu Warszawy” ukazał się artykuł, że powinniśmy kręcić filmy o prawdziwej polskiej historii zamiast w kółko karmić się fikcyjnymi opowiastkami o kapitanie Klossie i czterech pancernych, jak zwykły czytelnik napisał list do redakcji, informując, że ma taki scenariusz. List opublikowano i przeczytał go ktoś z TVP. Przynęta chwyciła. Padło hasło „kręcimy”, ale zaproponowano też obsadę i resztę ekipy. Reżyser twardo postawił swoje warunki. Długo negocjowano budżet i ilość dni zdjęciowych. Finalnie doszło do porozumienia i prace ruszyły. Jedynym zgrzytem było to, że projekt zamknięto w ramy Teatru Telewizji, co uniemożliwiało zgłaszanie realizacji do udziału w festiwalach filmowych i dystrybucję kinową. Mimo to od lat jeżdżę z nim gdzie się da i wszędzie poza Polską jest to film fabularny, wyświetlany na wielkich kinowych ekranach. Przygotowań do zagrania roli rotmistrza Pileckiego nie zapomnę chyba nigdy. Przyjechałem do Warszawy i zacząłem żyć jak mnich w czterech ścianach swojej kawalerki, spędzając czas na studiowaniu autentycznych raportów mojego bohatera, jego rysunków i tekstów poetyckich. Mocno schudłem. Atmosfera na planie była niesamowita. Wszyscy – od pionu technicznego po aktorów mieli świadomość uczestniczenia w czymś wyjątkowym. Miałem swój udział w tym, że światowa premiera naszego dzieła odbyła się nie na antenie TVP, a w amerykańskim kinie Leammley’s Sunset five, podczas Festiwalu Polskich Filmów w Los Angeles. Projekcja została bardzo dobrze przyjęta, a wśród widzów znaleźli się m.in. Agnieszka Holland, Janusz Kamiński i Zbigniew Rybczyński, polscy filmowcy nagrodzeni bądź nominowani do Oscara. Od tego czasu Pilecki mnie nie opuszcza. Wziąłem udział w audycji o nim, zrealizowanej w ramach cyklu All Things Considered przez waszyngtońskiego nadawcę publicznego NPR News, nagrałem audiobook z przetłumaczonymi na angielski raportami rotmistrza z Auschwitz i przez lata wcielałem się w jego postać w spektaklu multimedialnym wystawianym na scenach USA i Kanady. W końcu zrealizowałem poświęcony mu monodram. Premiera spektaklu „Ochotnik do Auschwitz: Rotmistrz Witold Pilecki” odbyła się dokładnie w dniu setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości – 11 listopada 2018 roku, w ramach „United Solo 2018”, czyli największego na świecie festiwalu jednego aktora. Zdobyłem wtedy nagrodę „The Best Documentary Show 2018”, a krytyka, w pozytywnych recenzjach, uznała spektakl za „trzęsienie ziemi w Nowym Jorku”.

– I w ten oto sposób doszliśmy do filmu „Brzemię”…
– Propozycja bardzo mnie zaskoczyła, ale przyszła w dobrym momencie – czułem, że jestem gotów na powrót do tej roli.
– Po tylu latach wcielania się w rotmistrza Pileckiego, co jeszcze nowego może dać kolejna odsłona?
– Gdyby nie wnosiła nic nowego, nie była by dla mnie interesująca. Twórcy filmu –Piotr Owcarz i Grzegorz Rosengarten – sięgnęli po mało znaną historię pobytu Pileckiego w Chorzowie. Przyjechał tu po wojnie w poszukiwaniu Henryka Szklarza, człowieka, który wraz z nim angażował się w działalność konspiracyjną w obozie Auschwitz. Jest dla mnie coś symbolicznego w tym, że trafiłem do Chorzowa po śladach rotmistrza Pileckiego, a z hotelowego balkonu mam widok wprost na skwer noszący jego imię… Rozgadałem się, chyba pora kończyć. Zaskoczę cię chorzowskim wątkiem w moim życiorysie. Jak pewnie wiesz, urodziłem się w Żorach, jednak przyglądając się wczoraj waszemu miastu z okien samochodu, rozpoznałem znajome widoki. I przypomniałem sobie, że w 1975 roku, jako nastolatek, zmęczony i spocony pedałowałem tu jak szalony, sunąc na rowerze pod górę. I zostałem Mistrzem Śląska juniorów!








