Wywiad ukazał się pierwotnie w wydaniu papierowym w listopadzie 2021 roku. 

– Rozpocznę banalnie, za co z góry przepraszam, ale ten banał ma w tym przypadku solidne uzasadnienie: marzyłeś o aktorstwie już jako dzieciak w Chorzowie?

– Absolutnie nie! Wtedy bardzo lubiłem rysować i raczej na poważnie myślałem o studiach w Akademii Sztuk Pięknych. Przygoda aktorska, która zaczęła się przy okazji Festiwalu Miniatur Teatralnych w Szkole Podstawowej nr 5 im. Janusza Kusocińskiego i była kontynuowana w IV Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Skłodowskiej-Curie, gdzie co roku odbywa się Festiwal Artystyczny, to były dla mnie zwykłe wygłupy. Przynajmniej w podstawówce na pewno, chociaż tam dostałem swoją pierwszą nagrodę aktorską. Już nawet nie pamiętam za co…

–  No, to muszę powiedzieć, że mnie zaskoczyłeś, bo ja tamtego twojego szkolnego Tewjego Mleczarza pamiętam do dziś. Wprawdzie wtedy już nie chodziłem do „Piątki”, ale sentyment do Festiwalu Miniatur Teatralnych pozostał i starałem się bywać zawsze przynajmniej na finale. Byłem pewien, że już wtedy wiedziałeś, że pójdziesz w aktorstwo…

– Widzisz, a do mnie dopiero po paru latach dotarło, że to co miałem za wygłupy jest istotą tego zawodu. Aktor musi umieć się wygłupiać. Postanowiłem podjąć próbę startu do szkoły aktorskiej, nie mając nawet pojęcia jak wyglądają egzaminy. Miałem jednak to szczęście, że solidnie przygotowała mnie do nich Ewa Leśniak, aktorka Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Po jednym z egzaminów podeszła do mnie Maja Komorowska. Poklepała mnie po ramieniu i powiedziała: „Dostaniesz się, dostaniesz. Tylko naucz się mówić po polsku”. Nie bardzo rozumiałem o co jej chodzi, bo to, że mówię po polsku było dla mnie oczywistością. Okazało się, że miałem śląski akcent. Popracowałem nad tym i zostałem studentem Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Dziś mogę powiedzieć młodym ludziom, że jeśli ktoś z nich nie wie, co zrobić ze swoim życiem, niech wybierze zawód aktora. To może robić każdy. Jakąś barierą na początku jest tylko ta potworna selekcja przy kilkudziesięciu kandydatach na jedno miejsce. Nie wiem, czy dziś jeszcze wygląda to tak samo, jak przy moim starcie. Ludzie wyobrażają sobie, że aktorstwo to coś niezwykłego, a to zawód jak każdy inny.

Szkolny Festiwal Miniatur Teatralnych w chorzowskiej Szkole Podstawowej nr 5 im. Janusza Kusocińskiego. Michał Żurawski w uczniowskiej inscenizacji „Skrzypka na dachu”

– Niedawno zostałeś laureatem Nagrody Prezydenta Chorzowa w Dziedzinie Kultury w kategorii osiągnięć artystycznych. Czym jest dla ciebie to wyróżnienie?

– Jestem sceptycznie nastawiony do nagród aktorskich. Dziwię się, jak można stwierdzić, że jeden aktor jest lepszy od drugiego, skoro każdy ma do zagrania inną rolę, korzystając z odmiennych warunków indywidualnych. To nie jest bieg na 1000 metrów, żeby wszystkich dało się zmierzyć jedną miarą. Chorzowska nagroda to co innego. Bardzo się z niej cieszę i starałem się dać temu wyraz już podczas gali na scenie Teatru Rozrywki. Fajnie mieć własnego „Chłopca z łabędziem” w warszawskim domu. Oryginał tej rzeźby w fontannie na placu Matejki mijałem przez cztery lata niemal codziennie, pędząc do „Curie”. Przede wszystkim jednak to miłe, że mnie zauważono, podkreślając, że swoją pracą dokładam cegiełkę do promocji Chorzowa w Polsce i na świecie. Nigdy nie kryłem się z tym, skąd jestem. Ciągle o tym mówię. Do tego stopnia, że niektórzy mają tego serdecznie dosyć, ironizując, że przy wszystkich moich pomysłach za chwilę będę jak Kazimierz Kutz. Cóż, nie mogę jeszcze zdradzać zbyt wiele, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziemy mieć nową śląską epopeję. Ze świetnym scenarzystą rozpoczynam projekt, którego jestem pomysłodawcą. Mam nadzieję, że pełną parą uda się ruszyć już w przyszłym roku. Rzecz jest oparta na autentycznych wydarzeniach z XIX wieku. Interesuje się tym producent z Oscarem na koncie…, ale nie zapeszajmy! Tym bardziej, że mam w zanadrzu jeszcze kilka innych śląskich historii.

Michał Żurawski odbiera statuetkę „Chłopca z łabędziem”. Nagrodę wręczają I Zastępca Prezydenta Chorzowa Wiesław Ciężkowski i Przewodniczący Rady Miasta Waldemar Kołodziej. Fot. Adrian Ślązok

– Wyprowadź mnie z błędu, ale z chorzowskiej perspektywy wydaje mi się, że postawiłeś na film i telewizję?

– Chorzów jest daleko od Warszawy i stąd rzeczywiście może to tak wyglądać, ale powiem ci, że gdyby nie teatr, nie byłoby też telewizji i filmu. To scena jest ciągle dla mnie podstawą, mimo, że z żadnym z teatrów nie jestem związany etatowo. Ciągle gram. Dopiero co, we wrześniu w Och-Teatrze Krystyny Jandy odbyła się premiera adaptacji tekstu Andrzeja Kondratiuka „Big Bang”, znanego z realizacji filmowej sprzed 35 lat z Zofią Merle, Ludwikiem Benoit, Januszem Gajosem i Romanem Kłosowskim w obsadzie. Jeżdżę też z różnymi spektaklami po kraju.

– Jak wybierasz role?

– Polski rynek jest tak mały, że trudno mówić o lawinie propozycji. Nie oszukujmy się, nie jestem aż tak rozpoznawalny, żeby przebierać w rolach. Właściwie każda mnie cieszy, bo pozwala mi w utrzymaniu dość dużej rodziny i opłaceniu wszystkich rachunków. Role, które odrzuciłem, mógłbym chyba policzyć na palcach jednej ręki. To musiały być wyjątkowo słabe oferty.

– A może jest jakaś rola, z której jesteś szczególnie dumny?

– Wiem, że są aktorzy, którzy tak patrzą na ten zawód i to nawet wykonując go od wielu lat, ale jeśli spotkasz aktora, który ci powie, że jakaś świetna rola jest wyłącznie jego zasługą, to wiedz, że coś jest nie tak. Zarówno w filmie jak i w teatrze na efekt końcowy składa się praca całego sztabu ludzi, łącznie z charakteryzacją czy oświetleniem.  Nie prowadzę jakiegoś prywatnego rankingu własnych ról – musiałbym być do tego niezłym Narcyzem. To mi nie grozi. Dla mnie aktorstwo to rzemiosło. Często nawet nie pamiętam tytułów rzeczy, w których grałem, należę do tej grupy aktorów, która nie lubi oglądać się na ekranie, więc wielu filmów zwyczajnie nie widziałem. Ostatnio ktoś zaczepił mnie na ulicy, by podziękować za jakąś rolę. A ja mu na to, że mnie z kimś pomylił, bo w tym nie grałem. Później w domu wyszukałem ten tytuł w Internecie i okazało się, że jednak grałem. Sam widzisz. Nie oglądam siebie, nie oceniam, mam to gdzieś. Na planie filmowym i na scenie daję z siebie wszystko – tam angażuję całe skupienie i energię. Tylko to się dla mnie liczy. Mam przykre wrażenie, że aktorzy w Polsce przede wszystkim są potrzebni na plakat. Poza tym nie mamy wiele do gadania i jesteśmy wykorzystywani. Nie mamy nawet związków zawodowych. Przeżyłem wiele rozczarowań związanych z moim zawodem i całą branżą. Boli mnie amatorszczyzna.

Fotografia tytułowa: Michał Żurawski w spektaklu „Big Bang” (Och-Teatr, Warszawa) Robert Jaworski

Autor

Krzysztof Knas

redaktor naczelny magazynu "Chorzów Miasto Kultury". naczelny@cmyk.media.pl

Używamy ciasteczek w celu dostosowania zawartości stron internetowych Serwisu do preferencji Użytkownika oraz optymalizacji korzystania ze stron internetowych, a także tworzenia statystyk, które pomagają zrozumieć, w jaki sposób Użytkownicy Serwisu korzystają ze stron internetowych. View more
Akceptuj
Skip to content